
Urodziła się w Nowym Mieście Lubawskim w województwie kujawsko-pomorskim. Tam spędziła wczesne dzieciństwo. Później rodzice wyprowadzili się pod Toruń. W tym mieście poznała męża, z którym losy przywiodły ich na zachód. Najpierw na osiem lat do Kostrzyna, później do Gorzowa Wielkopolskiego, a w 2007 r. do Bogdańca.
– Piękne dzieciństwo spędziłam na wsi i zawsze chciałam na wsi zamieszkać, więc kiedy szukaliśmy swojego miejsca na ziemi, przyjechaliśmy tutaj, na ulicę Różaną. Mąż zobaczył, że działka jest pod starym lasem i to go uwiodło, tym bardziej że lubi zbierać grzyby. W trzy minuty podjął decyzję i mija 19 lat jak tu mieszkamy. To urokliwy zakątek, gdzie czujemy sosnowy zapach, gdzie śpiewają ptaki, a zające czy sarenki przychodzą pod płot. No i – co ważne – są tu bardzo mili sąsiedzi, więc żyjemy w harmonii z przyrodą i mieszkańcami gminy – mówi prezeska Uniwersytetu III Wieku
Janina Grzecznowska.
Dzieli cię ponad 400 km od miejsca urodzenia i ponad 40 lat od wyjazdu stamtąd…
– Jestem trochę jak emigrant, który serce ma podzielone między Toruniem a Gorzowem i okolicami. Tutaj tęsknię za Toruniem, a kiedy jestem tam, chcę wracać do miejsca, w którym mieszkam dłużej niż trwało moje dzieciństwo i młodość. Ale serce tam zostało. Za to tu poznałam wspaniałych ludzi, zawarłam znajomości, przyjaźnie i dlatego wracam tu z przyjemnością. A gmina Bogdaniec jest przecudna.

Pochodzisz z rodziny wielodzietnej, miałaś czworo rodzeństwa. Mama zajmowała się domem, a tata kształtował was artystycznie. Był autorytetem?
– Tak. Uzdolniony artystycznie, grał na skrzypcach i banjo, organizował zajęcia kreatywne. To z nim ubieraliśmy choinkę, robiliśmy wielkanocne ozdoby. To procentuje w mojej działalności społecznej. Prowadzę w UTW sekcję rękodzieła. Ale oboje rodzice wiele mi dali, a ja z tego szczodrze skorzystałam. W domu mieliśmy podział zadań. Uczyliśmy się, jak zapobiegać nieporozumieniom. Nie pamiętam, żebyśmy się gniewali na siebie dłużej niż trzy minuty, a wiadomo, że w rodzinie wielodzietnej między dziećmi dochodzi do różnych sytuacji. I dziś nie umiem się obrażać, nie umiem się zapamiętywać w złych wspomnieniach. Umiem wybaczać, iść do przodu. Cenię sobie każdą minutę życia i chcę jak najpiękniej je przeżyć. Spotkałam kilka osób, które powiedziały mi: Idź tą drogą, zrób to, o czym marzysz. To bardzo ważne, żeby nie opierać się na zdaniu malkontentów. Nigdy takich nie szukałam. Uważność, którą na mnie skierowano w dzieciństwie, przenoszę w relacjach z ludźmi. Słucham tego, co do mnie mówią i czasami jedno zdanie wyznacza kierunek, w którym idę.
Co wpłynęło na wybór ścieżki zawodowej?
– Przykład rodziców, którzy wiele robili dla środowiska lokalnego, oraz nauczycieli, którzy wykazywali wielką uważność wobec dzieci, pokazywali kierunki i możliwości, bez wymuszania. W tym czasie narodził się we mnie instynkt pedagogiczny i społeczny. Mój pierwszy zawód to pracownik pomocy społecznej. Przez kilka lat pracowałam w Kamieniu Małym, potem w Gorzowie Wielkopolskim, a ostatecznie losy pokierowały mnie do szkoły, gdzie byłam pedagogiem. Podświadomie czułam, że mogę pracować z młodzieżą i też pomóc jej w życiu. Przez wiele lat kierowałam gorzowskim Mechanikiem, SOSW w Lipkach Wielkich, pracowałam w Kuratorium Oświaty.
Z zawodu jesteś pedagogiem. Obecnie na emeryturze. Od czterech lat zajmujesz się działalnością społeczną na rzecz seniorów gminy Bogdaniec.
– Ten czynnik społeczny wyniosłam z domu rodzinnego. Moja mama przez wiele lat była przewodniczącą koła gospodyń wiejskich, kierowała tzw. klubem rolnika, więc od dzieciństwa przyglądałam się, jak pięknie można ułożyć relacje z mieszkańcami, ile można sobie nawzajem dać, ile pięknych rzeczy wspólnie zbudować i jak to człowieka kształtuje. Ale ukształtowała mnie też szkoła podstawowa. Chodziłam do małej, mieszczącej się w pałacyku i tam miałam nauczycieli z powołania, którzy wiele mi zaoferowali. Stąd też dzisiejsza działalność w Uniwersytecie III Wieku.
Dostrzegasz potrzeby seniorów. Czego im dzisiaj potrzeba?
– Bliskości, relacji, spotkań, rozmów, dobrego samopoczucia. Myślę, że nasz uniwersytet daje to naszym członkom. Z ich woli zostałam prezesem zarządu. To ogromna odpowiedzialność, ale to nie tak, że wszystko robię sama. To ludzie. A dlaczego jestem w tym uniwersytecie? To był bardzo ważny moment w moim życiu. Końcówka pandemii. Z mężem przeszliśmy bardzo ciężko koronawirusa. Miałam długotrwałe powikłania neurologiczne. Borykałam się z bólem mięśniowo-kostnym, który wymagał rehabilitacji. To obniżyło poziom mojego nastroju. Do tego izolacja. Przypadek zrządził, że spotkałam Małgosię Reks, która prowadzi w uniwersytecie sekcję taneczną i gimnastykę. Zaproponowała zajęcia. I tak się zaczęło. Kiedy dziewczyny chwyciły mnie za ręce i pociągnęły do kółka, to był moment, kiedy poczułam opiekę. Dlatego weszłam w uniwersytet. W niedługim czasie były wybory. Dostałam kredyt zaufania i już drugą kadencję przewodniczę zarządowi. To tutaj spotkałam się z ludźmi, którzy chcą coś robić, mają też uważność na inną osobę. I moją rolę w uniwersytecie pojmuję jako dług, który spłacam wobec tej społeczności, za akceptację i wsparcie, jakie w krytycznym momencie otrzymałam.
Organizujesz codzienność innym, ale sama wypełniasz życie, jakby doba miała 48 h.
– Jest we mnie dużo optymizmu, nie przywiązuję wagi do upływu czasu, chociaż mam tego pełną świadomość, bo organizm sygnalizuje, że już nie mam 20 lat. Jestem pogodna, chcę się cieszyć życiem, mieszkam w pięknym miejscu i spotkałam wspaniałych ludzi. Nasi seniorzy są tak aktywni, że mnie zaskakują pomysłowością, dynamiką. Czasami nie nadążam, ale ważne, że się polubiliśmy, że czekamy, kiedy możemy coś wspólnie zrobić i ze sobą przebywać. Nigdy się nie nudzimy, mamy o czym rozmawiać, chętnie się bawimy, tańczymy, śpiewamy, podróżujemy, spacerujemy po bogdanieckich lasach. Jesteśmy wdzięczni wójtowi gminy, że po raz trzeci powierzył nam wystrój ronda i sceny na Lubuskie Święto Chleba.
Powiedziałaś, że ukoronowaniem twojego życia zawodowego jest odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi nadanym przez Prezydenta RP w 2013 roku.
– Tak. Dziś chcę się cieszyć życiem i dzielić potencjałem, który mam w sobie, ale też brać od innych. Moje życie jest piękne, bo mam taką osobowość i charakter, że zawsze biorę to, co najlepsze. Nie szukam komplikacji, trudnych ludzi, którzy ciągnęliby mnie w dół, unikam zła. Pomagam innym i czerpię z tego satysfakcję. Aby naładować akumulatory otaczam się ludźmi pięknymi i pozytywnymi, karmię się ich dobrą energią, by przekazywać ją dalej.
Podróże to ważna część waszego życia.
– To jest to, co z mężem kochamy. I to on zainspirował mnie we wczesnym etapie małżeństwa. Ma szerokie zainteresowania, w tym historyczne i geograficzne, więc początkowo, kiedy dzieci były małe, podróżowaliśmy po kraju. Mąż zawsze przygotowywał opis miejsc, które będziemy zwiedzać, i ich historię. Dzieci czytały to i w pełni świadomie poznawaliśmy kraj. Teraz one są dorosłe, więc podróżujemy swobodniej. Nigdy nie korzystamy z biur podróży, wynajmujemy jakiś apartament w centrum i promieniście od niego zwiedzamy miejscowości. Często okazuje się, że te w katalogu są o wiele mniej ciekawe, niż małe miasteczka czy wioseczki, które mijamy. Jesteśmy ciekawi ludzi, tradycji, obyczajów, potraw, więc kosztujemy lokalną kuchnię, co powoduje, że tym smakiem i zapachem też zapamiętujemy miejsca, w których byliśmy. Ludzie są zawsze przyjaźni. Nigdy nie spotkaliśmy się z niechęcią. Jak słyszą, że jesteśmy z Polski, to się uśmiechają, pytają, co ciekawego u nas. Polecam taką formę podróży, żeby wynajmować apartamenty w domach prywatnych, bo często czeka jakiś butelka wina, lokalne owoce, pierwszego dnia śniadanie z gospodarzami. Poznawanie innych kultur, ludzi, obcowanie z nimi i miejscami, których wcześniej nie znaliśmy, pozwala oczyścić umysł. Bo gdybyśmy się zakleszczali tylko w tej rzeczywistości, w której słyszy się, że jest źle i perspektywy są nieciekawe, moglibyśmy w naszym wieku już się zamknąć, zostać w domu, nie wychodzić, bo świat jest straszny. A on jest piękny, a ludzie otwarci.
Jakie jest twoje największe turystyczne zadziwienie?
– Boże, jako optymistka ja się wszystkim zachwycam. Ale najbardziej w domu i ogrodzie Claudea Moneta w Giverny w Normandii. To było dla mnie wyjątkowe doświadczenie miejsca, gdzie moja pasja do ogrodnictwa i zachwyt nad sztuką impresjonistów tworzą wyjątkową harmonię. W Dolinie Loary zwiedzaliśmy zamki i zameczki, a przy nich piękne pałacowe ogrody. W tych miejscach poznaję nowe rośliny, więc nie jest to tylko zwiedzanie centrów miasta czy zabytków. Zawsze planujemy pobyt w jakimś skansenie, w pięknych parkach, żeby nacieszyć się innym rodzajem podróżowania. No i krajobrazy. Krajobrazy, gdy jadąc samochodem, można wyciągnąć rękę i dotknąć wzgórz. To relaks dla oczu i wytchnienie. Ciekawostką był dla mnie kraj Basków. Oni mówią językiem, który nie wiadomo skąd pochodzi, jest nieporównywalny do żadnego innego. I ta ich trudna historia. Dlatego nie dziwię się, że tak bardzo walczą o tożsamość narodową i powrót do własnej historii. Wokół nas ciągle jest coś ciekawego do zobaczenia i poznania, żeby nie popaść w monotonię, nie daj Boże włączyć jakiś serial i pomyśleć, że to może być sposób na życie.
Dziękuję.
Rozmawiała Hanna Kaup
foto Hanna Kaup