
O tym, że do tanga trzeba dwojga, wie każdy. Starsze pokolenie śpiewało te słowa z piosenki Romualda Lipki, która stała się hitem Budki Suflera prawie 30 lat temu. Od 2002 r. tę frazę powtarza dyrektor Teatru im. J. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim
Jan Tomaszewicz. Kim są ci dwoje? To TEATR i jego WIDZ.
Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru w piątkowy wieczór 27 marca obejrzeliśmy sztukę Sławomira Mrożka „Tango”. Była pierwszą, jaką napisał na emigracji, gdy 3 czerwca 1963 r. opuścił Polskę i udał się do Włoch. Premiera sceniczna utworu odbyła się w 1965 r. w Bydgoszczy. Trudno powiedzieć, ile razy tekst był wystawiany przez minione 60 lat, ale to dzięki reżyserowi
Pawłowi Szkotakowi, na 80-lecie gorzowskiego teatru, poszliśmy z nim w „Tango”.
Jeszcze zanim podniosła się kurtyna, można było przewidzieć, że za chwilę wejdziemy w przestrzeń, w której nic nie jest na swoim miejscu. Żyrandol leży na podłodze, a tam, gdzie powinien wisieć – jest stół. Wózek dziecięcy przewrócony, jakby ktoś porzucił nie tylko przedmiot, ale i ideę opieki. Katafalk po śmierci dziadka wciąż zajmuje centralne miejsce, jak milczące przypomnienie, że coś się skończyło, ale nikt nie zadał sobie trudu, by to uporządkować. Świat, w który wkracza widz, jest nie jest tylko scenografią. To diagnoza.
Na tej scenie pojawia się siedmioosobowy zespół gorzowskich aktorów:
Mieszko Wierciński jako Artur,
Artur Nełkowski w roli Stomila. jego żonę Eleonorę gra
Joanna Rossa, Edka –
Dominik Jakubczak.
Magdalena Kasperowicz kreuje Alę,
Beata Chorążykiewicz – babcię Eugenię, a
Jan Mierzyński – wuja Eugeniusza. I dzieje się coś rzadkiego. Oni nie grają. Oni są. Tworzą. Nie teatralną konstrukcję, ale rozpoznawalny polski obraz rodziny we wnętrzu. Rodziny z napięciami, niedopowiedzeniami, wybuchami i chwilami czułości. Rodziny, którą wypełnia bunt, krzyk, sprzeciw. Rodziny, w której normą jest kłótnia, bójka, a nawet zdrada. Żyją w świecie na opak wywróconym, tylko suknia ślubna i bryczesy wiszą „normalnie” na ścianie, bo są wspomnieniem dawnych tradycji. Za to teraz babcia Eugenia w minispódniczce gra w karty z Edkiem i Eugeniuszem. Od razu widać, że czas przestał tu mieć znaczenie, a role społeczne się rozmyły.
Wtedy wpada 25-letni Artur. Bezceremonialnie przerywa ich zabawę i każe babcię za te nieprzyzwoite harce leżeniem na katafalku. Jako jedyny próbuje przywrócić jakiś porządek. Szuka w tym dziwnym dla niego domu norm, idei i wartości, które starsze pokolenie zniszczyło, domagając się ich w swojej młodości. Zniszczyło, bo nie zostawiło mu nic, na czym mógłby oprzeć swoje życie. Artur wciąż wierzy, że istnieje jakaś forma, jakieś zasady, które pozwolą jego życiu nadać sens. Szuka ich w tradycji. Jego bunt jest inny niż bunt rodziców i dziadków, bo oni buntowali się przeciwko porządkowi. On buntuje się przeciwko chaosowi. Walczy. Wreszcie, po spisku z Eugeniuszem – w imię powrotu do wytęsknionej tradycji – jest błogosławieństwo młodych, ale wymuszone skierowaną w babcię lufą pistoletu. „Żarty się skończyły. Żartowaliście przez 50 lat. Stomil, pozapinaj się. To są zaręczyny twojego syna. Skończyło się porozpinanie” – recytuje z pełną powagą i pistoletem w ręce Eugeniusz. Wydaje się, że wreszcie zbliża się zwycięstwo, bo wraca coś na kształt normalności, ale ona okazuje się najbardziej niepokojąca. Bo Artur gdzieś przepada. Okazuje się, że nie szuka spokoju, ale sensu. Szuka idei, czegoś trwałego, co można uznać za punkt odniesienia. Tymczasem wszystko, co próbuje zbudować, rozpada się albo okazuje tylko kolejną formą pozoru. Wciąż jest nieszczęśliwy i niespełniony.
Spektakl prowadzi widza od zdziwienia, przez śmiech, napięcie, po coś, co trudno nazwać. Może bezradność?
I wtedy następuje moment przełomowy. Babcia Eugenia ogłasza, że decyduje się umrzeć. Nagle w tym świecie pozbawionym zasad pojawia się coś niepodważalnego. Coś, co nie podlega negocjacji, interpretacji ani ironii. Śmierć. I Artur tryumfuje, bo rozumie. Skoro nie ma już żadnych wartości, które przetrwały bunt poprzedniego pokolenia, skoro wszystko zostało rozmyte, pozostaje tylko to, co ostateczne: śmierć i władza. To jedyne stałe punkty w świecie, który odrzucił wszystko inne. To forma, której cały czas szukał, więc przejmuje władzę. Ale tylko na moment, bo ginie z rąk debila, durnia, prostaka, którego nienawidzi – Edka. Wtedy on zaczyna decydować i podporządkowuje sobie wszystkich. W finale idzie w tango z Eugeniuszem.
„Tango” w reżyserii Pawła Szkotaka nie daje widzowi komfortu. Finał jest zaskakujący, a zarazem nieunikniony, bo okazuje się, że nawet najbardziej rozpaczliwa próba przywrócenia porządku może prowadzić w stronę, która z porządkiem nie ma nic wspólnego. A gorzowscy aktorzy nie moralizują. Nie podpowiadają. Oni pokazują. A to, co pokazują, zostaje z widzem na długo i może sprowokuje pytania: Co dzieje się ze światem, w którym wszystko wolno, a potem ktoś próbuje to uporządkować za wszelką cenę? Czy największym dramatem jest bunt przeciwko zasadom, czy moment, w którym nie ma już do czego wracać?
Często idziemy w tango, bo kochamy bunt. Pociąga nas jego energia, jego obietnica wolności. Ale Mrożek zostawia nas z jeszcze jednym pytaniem, którego nie da się zignorować: Co zostaje, kiedy bunt się kończy, kim wtedy jesteśmy, jacy z niego wracamy?
I w tym tkwi paradoks tej historii.
Pokolenie, które walczyło o wolność, zniosło wszystkie ograniczenia, ale wraz z nimi usunęło fundamenty. Zburzyło świat zasad tak skutecznie, że nie zostawiło niczego, na czym można budować dalej. Artur nie ma się do czego odwołać. Nie ma czego odzyskać. Może tylko tworzyć od nowa, w próżni.
Reżyser nie łagodzi tej opowieści. Nie próbuje jej unowocześniać na siłę. Pozwala, by tekst Mrożka wybrzmiał w swojej aktualności. Bo choć dramat powstał dekady temu, jego diagnoza brzmi zaskakująco świeżo. Świat bez zasad nie staje się światem wolności. Staje się światem przypadku.
I w takim świecie najlepiej odnajduje się Edek. Postać, która nie szuka sensu, tylko korzysta z sytuacji. Nie potrzebuje wartości, bo wystarcza mu siła i spryt. Tam, gdzie kończy się dyskusja o ideach, zaczyna się jego przestrzeń.
Postawmy sobie jeszcze jedno pytanie: Co zostaje, gdy wszystko wolno? Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Jest za to wyraźne ostrzeżenie. Bo może największym dramatem nie jest bunt, ale świat po buncie, w którym nikt już nie pamięta, po co był potrzebny porządek?
Zasłużone brawa na stojąco należały się całemu zespołowi. Nie wyróżniam nikogo, bo każdy, kto pojawił się na scenie, wszedł w swoją rolę jak w drugą skórę. Był prawdziwy, przez co zatrzymywał uwagę od pierwszej do ostatniej chwili. Taki spektakl w Międzynarodowym Dniu Teatru pokazuje – jak słusznie napisał w orędziu aktor i twórca teatralny
Willem Dafoe – że: „Siłą teatru jest na pewno wspólne uczestniczenie na żywo w akcie tworzenia (…). Pod względem społecznym i politycznym teatr nigdy wcześniej nie był tak istotny, tak niezbędny do zrozumienia siebie i otaczającego świata (…). Musimy dbać o to, aby teatr nadal łączył ludzi, społeczności i kultury oraz, co najważniejsze, stawiał pytanie o to, dokąd zmierzamy (…). Wielki teatr kwestionuje schematy myślowe i pobudza nas, byśmy wyobrażali sobie to, do czego dążymy (…). Przez opowiadanie historii, estetykę, język, ruch i scenografię, teatr jako forma totalna może pokazać nam świat, jaki był kiedyś, jaki jest obecnie i jaki może stać się w przyszłości”.
Nie zapominajmy o tym, odwiedzajmy teatry, a przede wszystkim idźmy w gorzowskie Szkotakowe „Tango”, bo to lekcja bardzo potrzebna.
Premiera 27 marca 2026 r.
Autor: Sławomir Mrożek
Reżyseria: Paweł Szkotak
Scenografia, kostiumy:
Katarzyna Zawistowska
Ruch Sceniczny:
Bartosz Bandura
Reżyseria światła:
Monika Sidor
Wizualizacja multimedialna:
Hektor Werios
Asyst. reżysera: Jan Mierzyński
Inspicjent- sufler: Beata Chorążykiewicz
Obsada:
Mieszko Wierciński: Artur
Artur Nełkowski: Stomil
Joanna Rossa: Eleonora
Dominik Jakubczak: Edek
Magdalena Kasperowicz: Ala
Beata Chorążykiewicz: Eugenia
Jan Mierzyński: Eugeniusz
Tekst i fotorelacja z wieczoru Hanna Kaup
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć