
Jak przeżyć jazdę samochodem na południu Włoch i nadal wierzyć w przepisy.
Na południu Włoch samochód nie jest środkiem transportu. To narzędzie ekspresji. Przedłużenie osobowości kierowcy. Instrument muzyczny z klaksonem w roli pierwszych skrzypiec. Jeśli pochodzisz z kraju, w którym znak drogowy jest świętością, a linia ciągła granicą moralności, przygotuj się na doświadczenia duchowe.
Pamiętaj też, że istnieją dwa typy kierowców: 1. Tacy, którzy znają przepisy. 2. Tacy, którzy jeżdżą na południu Włoch. Jeśli należysz do pierwszej grupy i trafisz do drugiej – witaj w karnawale.
Przepisy jako literatura piękna
Na południu przepisy nie są nakazem. Są propozycją narracyjną. Czerwone światło to moment refleksji. Znak „stop” – uprzejma sugestia zatrzymania się. Ograniczenie prędkości – wyraz troski, którą należy docenić, lecz niekoniecznie odwzajemnić. Rondo to żywy organizm. Wjeżdżasz i nagle przestajesz wierzyć w pierwszeństwo przejazdu jako kategorię stałą. To raczej dynamiczna propozycja negocjacyjna. Kto głośniej zatrąbi, ten ma mocniejszy argument. Klakson to nie sygnał ostrzegawczy. To opinia. W miastach takich jak Bari, a szczególnie na licznych jego rondach, ruch drogowy przypomina nowoczesny taniec z improwizacją jazzową. Wszyscy grają co innego, a jednak jakoś to brzmi i specjalnie nie tamuje ruchu. Trochę mi to przypomina gorzowskiego pająka, a trochę ośmiornicę, która rozstawia swoje macki w różnych miejscach i by nie dać się w nie wciągnąć, trzeba zacząć własny taniec. Mnie się udało.
Klakson językiem miłości i ostrzeżenia
Klakson nie oznacza agresji. To kolejny środek komunikacji. Świetny dla nieznających języka tubylców, czytaj: zrozumiały dla każdego. Jedno krótkie „pip” znaczy: „Jestem za tobą.” Długie „piiiip” - „Kocham życie, ruszaj.” Seria dźwięków to już rozmowa filozoficzna i nie próbuj dociekać, co oznacza. Na pewno wyraża osobowość kierowcy, jego stan emocjonalny, chwilową sytuację – bo akurat próbuje zdążyć tam, gdzie już nie zdąży – może też ma zbyt niski poziom paliwa w zbiorniku i sporą odległość od stacji, która uratuje mu życie.
Dla przybysza z północy Europy pierwsze minuty w takim miejscu to szok. Co dziwne, po kwadransie zaczynasz ten pozorny chaos rozumieć. Po godzinie odpowiadasz. Następnego dnia ulegasz „zwłoszczeniu” – to termin Mariatki, czyli najlepszej nawigatorki po ulicach Apulii
Marii Gonty – i utwierdzasz swoją pozycję na drogowej arenie międzynarodowej.
Parkowanie jako sztuka abstrakcyjna
Wąskie uliczki w Apulii nie są zaprojektowane dla samochodów, ale dla testowania charakteru. Znalezienie miejsca do parkowania graniczy z cudem. Możesz wyjeździć w kółko 30 i 40 minut bez rezultatu, więc jeśli pojawia się przestrzeń większa niż połowa twojego auta, czujesz, że to znak. Ale tylko Włosi potrafią tak wstawić swoje auto między dwa inne, że nie wciśniesz tam wskazującego palca i robią to wbrew wszelkim prawom fizyki. Jeśli później przyjrzysz się zderzakom w ich samochodzikach – takie tam sprawdzają się najlepiej – rozumiesz, że można było i się dało.
Bo we Włoszech normą jest, że dwa samochody mijają się z dokładnością grubości lakieru, a lusterka – jeśli mają taką opcję – składają się same z szacunku dla sytuacji. Ty oddychasz płycej. W międzyczasie modlisz się do patrona blacharzy, a kiedy już wydaje ci się, że to koniec, że się udało, zza zakrętu wyjeżdża trzeci pojazd, a jego kierowca – choć powinien – wcale na ciebie nie patrzy. Robi swoje.
Parkowanie równoległe to raczej kolejna teoria. W praktyce samochody stają tam, gdzie zakończyła się decyzja kierowcy:
-
na skrzyżowaniu – nawet jeśli ktoś inny już tam zaparkował, a wydaje się, że pozostali przejadą;
-
na przejściu dla pieszych – bo pieszy nie liczy się w ruchu drogowym i jego zadaniem jest walka o swoje.
Samo skrzyżowanie to nie tylko przecięcie dróg, to przestrzeń kreatywna i oczywiście potencjalne miejsce postoju. Nieważne, że inny kierowca nie widzi, co dzieje się na prostopadłej ulicy. Życie bez ryzyka byłoby nudne.
Pieszy jako istota metafizyczna
Pieszy na pasach nie posiada przywilejów. Posiada wiarę. To gracz wysokiego ryzyka. Przechodzi przez ulicę z godnością człowieka, który ufa losowi. Kierowca zwalnia nie dlatego, że musi, ale dlatego, że to część wspólnej gry. Kontakt wzrokowy z kierowcą to klucz. Zasada jest prosta: patrzymy sobie w oczy. Jeśli się zrozumiemy – przeżyjemy i świat toczy się dalej. Jeśli nie, przyspieszasz kroku. Można też użyć czarodziejskiej różczki, czyli pojawić się na psach z laseczką w dłoni. To naprawdę działa. Auta się zatrzymują. Wiemy, bo Maria przetestowała, a my cieszyliśmy się jak dzieci, że Włosi jednak mają w sobie ludzkie odruchy.
W kwestii oczu, pieszy powinien je mieć również na butach, by nie wdepnąć w duże, dorodne i świeże psie „prezenty”, których sprzątanie nie leży w zwyczajach właścicieli. Zresztą, worki na śmieci potrafią walać się przy krawężniku co najmniej pięć dni. Jak znikają? Nie mam pojęcia. O poboczach przy głównych drogach nie wspomnę. Powiem krótko: my Polacy jesteśmy czyściochami.
Największy paradoks
I tu dochodzimy do rzeczy najbardziej zaskakującej: Wszystko to wydaje się chaosem, a jednak działa. Może dlatego, że jest w tym nieustanna czujność. Może dlatego, że każdy bierze odpowiedzialność za siebie, a nie tylko za paragraf.
Jak mówią, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije. Tu ryzyko dodaje kolorytu. I jest w tym coś z karnawału, bo świat staje na głowie, a my nagle zaczynamy widzieć, jak bardzo byliśmy przyzwyczajeni do jednej jedynej wersji porządku. Tak, to karnawałowy taniec. Wszyscy są blisko, wszyscy improwizują, a jednak rzadko dochodzi do katastrofy.
Dla osób wychowanych w duchu bezwzględnego przestrzegania przepisów to doświadczenie graniczne. Bo oto odkrywamy, że świat może funkcjonować nie tylko dzięki regulaminom, ale też dzięki intuicji, refleksowi i nieustannej obecności. Nie oznacza to, że należy porzucić rozsądek, ale że czasem warto poluzować kierownicę… i zrozumieć, że droga to nie egzamin. To rozmowa.
I największy paradoks. Początkowo wyobrażasz sobie chaos totalny. Widzisz na każdym rogu katastrofę. Krzyczysz, że to anarchia, a tymczasem?… To działa. Wszyscy są czujni. Wszyscy patrzą. Wszyscy reagują szybciej niż instruktor nauki jazdy.
I może w tym tkwi sekret, że tam gdzie przepisy są w sercu, czasem czujność zasypia, za to tam, gdzie przepisy są sugestią, czujność nie śpi. Szybko zaczynasz rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, używasz klaksonu bez wyrzutów sumienia, a gdy wracasz do domu, stajesz na rondzie Santockim z nowym spojrzeniem na życie.
I to jest prawdziwy paradoks tej historii. Uwaga! Hasłem tegorocznego karnawału, który przeżyliśmy w Putignano był właśnie PARADOKS. W moim drogowym doświadczeniu brzmi on ni mniej, ni więcej tak: Im bardziej coś wygląda na chaos, tym bardziej okazuje się systemem, tylko innym niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
PS
Kiedy decydowałam się na wynajęcie auta, przewodnik po Italii i jej znawca
Wojciech Wyszogrodzki powiedział mi, niby mimochodem: "No tobie potrzebne są jeszcze dodatkowe wyzwania: gdzie zaparkować? czy można? czy przypadkiem z okazji święta nie jest zakaz parkowania? Ale no dobrze, dobrze. Rzucasz się na głęboką wodę. Niech ci będzie. Tylko potem nie licz siwych włosów, kiedy wrócisz".
Szczerze mówiąc, sądziłam, że to przesadzone ostrzeżenie. Ale szczęśliwie dałam radę i siwych włosów z tego powodu mi nie przybyło. A Wojtkowi dziękujemy za troskę i mentalną opiekę.
Tekst i foto Hanna Kaup
Foto Maria Gonta
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć