
Tysiące spotkań, setki wyjazdów, rozmów, wywiadów, konferencji, do tego realizacja własnych projektów, prowadzenie spotkań autorskich, akcji i misji w Gorzowie, kraju i poza nim. Życie na ciągłej petardzie, jak powiedzieliby dzisiaj użytkownicy mediów społeczościowych, które tak mocno odmieniły postrzeganie świata. To najkrótsza relacja z moich minionych 15 lat poświęconych portalowi www.egorzowska.pl, który stworzyłam z myślą o Was.
Jak je podsumować?
Nie było łatwo, ale mogę być dumna, bo w pojedynkę nikt czegoś podobnego nie dokonał. Nie było łatwo, ale mogę być dumna, że zaczynałam szerzenie wiedzy na tematy medyczne, zanim to stało się modne. Nie było łatwo, ale mogę być dumna, bo żadne z opłacanych mediów nie napisało tylu recenzji teatralnych i koncertowych i nie pokazało tylu relacji z wydarzeń w mieście. Nie, nie tych, na które zaprasza władza, gdy organizuje wielkie eventy, ale tych, w które serce wkładali młodsi i starsi, przedszkolaki, uczniowie, poeci, pisarze, osoby z niepełnosprawnościami, seniorzy czy leśnicy, którzy raz do roku organizują koncerty chopinowskie w stanicy pod Łośnem.
Nie było łatwo, bo ten projekt, który sobie wymyśliłam, okazał się codziennością, a życie zaczęło się obracać wokół pytania: „Co jeszcze warto opowiedzieć?”. Wokół klawiatury, aparatu, rozmów z ludźmi, których nikt nie pytał wcześniej o zdanie. Wokół ciszy po publikacjach. I wokół hałasu – bo były też tysiące komentarzy, z których wiele próbowało zranić. Zbyt niezależne? Zbyt obiektywne? Zbyt „nie po stronie”?
Dziś świat się zmienia. Szybciej niż kiedykolwiek. Dziś wszyscy mają swoich ludzi od kręcenia filmików i rolek na facebooki i instagramy, dziś każdy wykorzystuje każdą sytuację, by zarzucić te portale setkami najróżniejszych zdjęć – dobrze, że coraz lepszych jakościowo. I dlatego dziś ja coraz częściej odpuszczam. Daję się jeszcze zapraszać do komentowania w radiu czy telewizji sytuacji polityczno-społecznych Gorzowa, ale coraz częściej męczy mnie mówienie o tym samym, bo to przelewanie z pustego w próżne. Widzę to dokładnie, obserwując nasz świat bardziej od środka niż ktokolwiek inny. Dziś żyjemy w rzeczywistości, w której krytyka poczynań polityków czy władzy ma się dobrze, a politycy i władza jeszcze lepiej. Nauczeni rozdawania uśmiechów na lewo i prawo, nawet gdy popełniają największe gafy, biorą zimy prysznic i za chwilę znów wkładają schodzone, ale wygodne kamasze.
Kiedy 15 lat temu zaczynałam jednoosobową, pro bono działalność medialną, niewielu wierzyło, że przetrwa ona dłużej niż trzy lata. To był inny świat, w którym upadały pisma drukowane, a zaczynały się wirtualne, z przyrostkiem „e”. A jednak – minęło półtorej dekady. To więcej niż jeden etap w życiu. To prawie całe pokolenie – dzieci, które wtedy przyszły na świat, dziś uczą się w szkołach ponadpodstawowych i lada chwila podejdą do matur.
W tym czasie powstało ponad 2,5 tysiąca tekstów o kulturze – od wiadomości, przez recenzje, po komentarze. Do tego około 2 tysiące informacji lokalnych, równie wiele wpisów blogowych, ponad tysiąc tekstów poświęconych ludziom, zdrowiu i regionowi, kilkaset felietonów oraz tysiące zdjęć i fotorelacji dokumentujących życie społeczne, kulturalne i codzienne.
To była praca cicha, niezauważona, nienagrodzona – i może właśnie dzięki temu prawdziwa. Bez nacisków, bez kalkulacji, bez zaplecza – ale z przekonaniem, że niezależność i uczciwość dziennikarska mają sens, nawet jeśli bolą. Przez te lata padło wiele słów – i wiele słów wróciło. Tysiące komentarzy, najczęściej nieprzychylnych – bo chwalenie przychodzi nam z ogromną trudnością – niekiedy bolesnych, krzywdzących, czasem pełnych niezrozumienia, innym razem zwykłej złośliwości, oskarżających o stronniczość i to z każdej możliwej strony sceny politycznej, o bycie „za” kimś albo „przeciw” komuś. Bo trudno zrozumieć, że można pisać uczciwie, bez barw partyjnych, po prostu szczerze. A przecież na tym polega wolność słowa i dziennikarski obiektywizm – na tym, by zadawać pytania, prowokować do myślenia, nie dawać gotowych odpowiedzi.
Te 15 lat, to ogrom pracy, którego nikt nie widział. Bo niezależna praca rzadko jest zauważana. Tym bardziej, jeśli nikt za nią nie płaci, nikt nie nagradza. A Wy mogliście tu zaglądać, o wszystkim czytać, a potem komentować. I to bez wyskakujących okienek i irytujących reklam.
Dziś dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób dołożyli siebie i zaistnieli – także technicznie – na stronach www.egorzowska.pl, którzy przez te lata czytali, komentowali, wspierali i spierali się – po prostu byli. Niestety, wielu z nich już odeszło, bo czas zabiera bez uprzedzenia. Ale na łamach tego portalu oni wciąż są i żyją w naszej pamięci, bo tworzyli Gorzów XXI wieku, spierali się o niego, budowali wbrew wszystkiemu i mimo wszystko.
To nie jest koniec. To nie jest nawet podsumowanie. To tylko zatrzymanie się na moment, by spojrzeć wstecz i powiedzieć sobie jedno: To naprawdę nie było łatwe. Ale było – i nadal jest – ważne.
Dziś nie świętuję z fanfarami. Zostawiam tu ten wpis, po 5,5 tysiącach dni z Wami, by powiedzieć jedno: To miało sens. Bez nagród. Bez oklasków. Bez orderów czy nominacji. To była i jest praca. Uczciwa. Codzienna. I choć wciąż niewidzialna – zostawia ślady. A ja, mimo że coraz mniej chętnie komentuję nasze życie, nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.
Hanna Kaup
redaktor naczelna/wydawca