
W 2025 r. Stowarzyszenie św. Eugeniusza de Mazenoda z redaktor
Hanną Kaup wydało - dzięki finansowemu wsparciu miasta Gorzowa Wielkopolskiego - ósmy biuletyn z cyklu "Łączą nas ludzie i miejsca". Promocja biuletynu odbyła się na początku grudnia i zaraz też cały nakład się rozszedł. W związku z tym publikujemy teksty, które powstały po spotkaniach z siedmioma 80-latkami - pierwszymi urodzonymi w polskim Gorzowie.
W zakładce „człowiek” przeczytanie historie innych bohaterów. Dziś pierwsza część historii
Bogdana Małka.
Był grudzień. Józef i Marianna Małek oczekiwali pierwszej powojennej Wigilii w polskim Gorzowie. Właśnie zaczynali tu nowy rozdział swojego życia, które przywieźli z Kraśnika w województwie lubelskim. Nowy, z oczekiwanym czwartym dzieckiem – synem. Nadali mu imię Bogdan.
Przyszedł na świat 21 grudnia 1945 r. Zanim został górnikiem, a później rolnikiem z odznaką za osiągnięcia na tym polu, jako niespełna dziesięciolatek na rynku na Grobli sprzedawał szczypiorek i jajka.
– Pamiętam, jak mama szykowała go w pęczki, a ja sprzedawałem. Ale z rolnictwem nie planowałem się wiązać – podkreśla. – Koło domu był kawałek ziemi, to u rodziców się pomagało. A szczerze powiedziawszy, rolnikiem stałem się tylko dlatego, że w pracy nie było dobrej atmosfery. Zrobiłem więc kurs na Strażackiej dla rolników i potem hodowałem świnie. Ziemię dostawało się z urzędu w dzierżawę. Z czasem jeszcze kawałek dokupiłem i tak pomału, pomału, w sumie było jej jakieś 10 ha.
DZIECIŃSTWO
Gorzowskie dzieciństwo Bogdana zaczyna się w końcówce ostatniego roku II wojny światowej. Jak wiele dzieci w tamtych czasach i on nie zaznał instytucji żłobka.
– W przedszkolu byłem troszkę, ale jakoś krótko, bo nie pamiętam specjalnie. Na Zawarciu przy kościele Chrystusa Króla była taka ochronka i tam się chodziło. Pierwszego dnia w szkole też nie pamiętam, ale to była podstawówka nr 4 na Grobli. Za to pamiętam nauczycieli: panią Konopelko od prac ręcznych, panią Bułajową, która była później naszą wychowawczynią chyba od piątej klasy, panią Budzianowską czy panią Rogacewicz.
Zanim Bogdan zacznie cokolwiek pamiętać, a potem decydować o swoim życiu, jego los spoczywa w rękach rodziców. Kiedy przybyli do Gorzowa z Lubelszczyzny, nie od razu osiedlili się na ulicy Koniawskiej.
– Nie, jak mi wiadomo, to najpierw mieszkali tutaj jak jest stary dom towarowy obok prezydium – mówi 80-letni dzisiaj Bogdan Małek. – Tu była uliczka, w lewo się jechało na Dzieci Wrzesińskich. A przez Wełniany Rynek szły tory tramwajowe, ale ja tego nie pamiętam. Wiem, bo mama mówiła, że mieszkali tam, zanim się przeprowadzili na Koniawską.
A przeprowadzili się oczywiście do poniemieckiego domku, czego Bogdan też nie pamięta.
– Dostaliśmy nie cały domek, ale mieszkanie na parterze. Była nas siódemka, a u góry ludzie – jedni, którzy nie mieli dzieci, a drudzy – dwie Cyganki i facet – chyba mieli. Jeśli chodzi o wyposażenie, to w domu nic nie było tylko kuchnia węglowa z fajerkami. Jako dziecko nie miałem marzeń. Zimno było w domu, więc paliło się w piecach, a spaliśmy pod naładowaną słomą pierzyną. Wodę nosiło się ze studni wiadrami, bo nawet nie było kranu w mieszkaniu. A kąpiel w bali. Stawiało się na środku kuchni albo pokoju. U nas była drewniana, nie metalowa. A ponieważ gdzieś tam koło nas rzeczka płynęła, to na wiosnę pływaliśmy po niej w tej balii. Nikogo nie obchodziło, co się z nami dzieje. Dorośli nie widzieli, gdzie jesteśmy. Ale nieraz się dostało, bo tatuś miał ciężką rękę. A dla rodziców było najważniejsze nasze wychowanie. Patrzyli, żeby jako tako nas ubrać, dać jeść. To było najważniejsze. Tatuś mówił: „Bogdan, ty bądź dobrym człowiekiem” albo „Ty pamiętaj, nie daj się złapać”, albo „Pamiętaj, najważniejsze jest: Bóg Honor Ojczyzna”, albo „Ojczyzna albo partia”. Z dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam, że jak do kościoła się szło, bo do kościoła trzeba było iść, to myśmy z chłopakami uciekali na Wawrzyniaka. Tam było kino Kapitol. No i nie zawsze na kazaniu byliśmy, więc jak się wracało z kościoła do domu, to tatuś nieraz pytał, co ksiądz mówił na kazaniu. To wymyślałem. Jak tata miał humor i się zorientował, to tylko upomniał raz czy drugi, ale jak się za często powtarzało, to już nie darował.
Mama Bogdana zajmowała się piątką dzieci, a tata w systemie ośmiogodzinnym pracował w stoczni jako ślusarz kadłubowy.
– Tam była świetlica i tata zabierał mnie tam na choinkę. Zawsze paczki dawali, więc grzech było nie iść. Pamiętam, że wtedy Warta była rzeką żeglugową, że pływały po niej barki. Nieraz patrzyliśmy, jak płyną. Jak fala przyszła, to się wody nalało, bo pokład był naładowany towarem. Nam się wydawało, że toną, bo tak głęboko się zanurzały. W dwie strony barki pływały. W jedną stronę kończyły tutaj spływ. A jak stawały w stoczni, to w zasadzie na drobne naprawy.
POLITYKA
Jakie znaczenie w życiu pierwszych gorzowian miała polityka? Czy byli na tyle świadomi, by pamiętać najważniejsze wydarzenia? Kiedy Bogdan zaczynał szkołę podstawową, zmarł Stalin.
– Pamiętam tylko tyle, że syreny wyły. W szkole wtedy byłem – mówi krótko i dodaje: – A na pochód pierwszomajowy to zawsze się szło, bo potem było wesoło. To się kolegów zobaczyło, to się pogadało. Różnie się kończyły te spotkania, bo to były jednak czasy dość trudne, szare. Nie było takiej rozrywki jak dzisiaj. Nie było telewizorów. Ale było bardzo dobrze. Teraz jest makabra, jakby nikt nikogo nie znał.
ŻUŻEL
– Mieszka pan cały czas na Zawarciu. Po wojnie przejście na stronę zachodnią było utrudnione, bo most został wysadzony. Jak się przedostawaliście do miasta? – pytam.
– Ja tam nie chodziłem, bo chyba byłem za mały, więc nie przypominam sobie, żebym miał jakieś kłopoty z przechodzeniem. A Zacharek przewoził nas tylko wtedy, jak żeśmy z tamtej strony na żużel szli. Nie pamiętam, ile kosztował przewóz, czy każdy płacił, czy tylko jeden. A żużel na początku był fajny. Wielu nazwisk z tamtego czasu nie pamiętam, bo jeszcze byłem za mały, ale na pewno jeździł Stercel i Flizikowski. Tych pamiętam. I małego Migosia. Z reguły jak się na żużel chodziło, to biletów się nie kupowało, bo nie było pieniędzy, ale trzeba było się dostać do środka. Robiliśmy różne rzeczy, nieraz przez płot, nieraz przez mur skakaliśmy. A tam były szkła w zaprawie, żeby ludzie nie próbowali przejść, bo by się pokaleczyli. Czasem ktoś wziął i wprowadził starsze dzieci.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tadeusz Stercel (urodzony we Lwowie w 1925, zmarł w1991) był polskim żużlowcem, wychowankiem Unii Gorzów Wielkopolski. Reprezentował kluby: Unia, Gwardia i Stal w l. 1948-1952 i 1955-1962. W l. 1953-1954 jeździł w barwach Stali Świętochłowice.
Jerzy Flizikowski – (ur. 23 września 1933 w Warszawie, zm. 6 stycznia 2002), wychowanek Stali Gorzów Wielkopolski. Reprezentował gorzowską Stal w l. 1955-1965. Zdobył z gorzowską drużyną dwa srebrne medale Drużynowych Mistrzostw Polski (1964, 1965).
Edmund Migoś – (ur. 20 sierpnia 1937 w Świerczewie, zm. 3 września 2006 w Gorzowie Wielkopolskim) – polski żużlowiec związany ze Stalą Gorzów. Zaczął startować w połowie lat 50. Jako reprezentant Polski zdobył złoty i dwa srebrne medale Drużynowych Mistrzostw Świata. W 1968 r. w Rybniku – srebrny medal w Indywidualnych Mistrzostwach Polski, a w 1970 r. na torze w Gorzowie Wlkp. – tytuł Indywidualnego Mistrza Polski.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cdn.
Tekst i foto Hanna Kaup