
W 2025 r. Stowarzyszenie św. Eugeniusza de Mazenoda z redaktor
Hanną Kaup wydało - dzięki finansowemu wsparciu miasta Gorzowa Wielkopolskiego - ósmy biuletyn z cyklu "Łączą nas ludzie i miejsca". Promocja biuletynu odbyła się na początku grudnia i zaraz też cały nakład się rozszedł. W związku z tym publikujemy teksty, które powstały po spotkaniach z siedmioma 80-latkami - pierwszymi urodzonymi w polskim Gorzowie.
W zakładce „człowiek” przeczytanie historie innych bohaterów. Dziś część druga opowieści
Waldemara Pendelskiego.
ROK 1956
– Zbliża się rok 1956, październik. Powstaje harcerstwo. Wcześniej bawimy się w robienie sobie legitymacji, ale sami, prywatnie, tak jak chłopaki potrafią. Więc przystępujemy do organizacji. Z gumki mamy stempelki, robimy organizację dla dziesięcio-, jedenastolatków. Skąd się to wzięło? Ano w domu słucha się „bom-bom, bom-bom, tu Radio BBC”, Londyn, Wolna Europa, jest Głos Ameryki, jest Radio Lille, gdzie poszukiwały się rodziny. Ale nasze działania docierają do szkoły, która wzywa rodziców, że dzieciaki robią jakąś organizację. Śmiechu warte. Brać na poważnie jedenastolatków to kpina, no ale takie były czasy. No i nastaje harcerstwo. Jest szał, bo wszyscy chcą do harcerstwa. Sam byłem w 16 MDH Męskiej Drużynie Harcerskiej. Jestem w piątej klasie, w szkole przy ul. Mieszka I, gdzie wcześniej były wojskowe koszary. W 1955 w miejscu, gdzie dziś znajduje się przychodnia, był jeszcze sztab wojskowy, a narożne budynki zamieszkiwały rodziny oficerów. Wtedy wojsko sowieckie zaczęło opuszczać te koszary i rok później była tam moja szkoła nr 9. Mieliśmy w niej już naukę religii oraz dwóch języków: rosyjskiego i angielskiego. Uczył go mój sąsiad pan Ziółkowski, który wrócił po wojnie z Anglii. Ale po roku, gdy Gomułka się umocnił, skończyła się nauka religii i angielskiego.
OPIEKA
– W tej szkole nr 9 na dole mieliśmy pracownię. Uczyliśmy się np. jak wykonywać prace introligatorskie, jak robić książkę. W drugim pomieszczeniu były trzy tokarki do drewna. Ja się wyrywałem do tych maszyn. Nauczyciel pozwalał mi uruchomić jedną, więc wkładam sobie klocek – oczywiście bez jego obecności – i obrabiam go. Mam góra 12 lat i jestem bez nauczyciela. Dzisiaj rzecz nie do pomyślenia, ale to też świadczy o tym, jak byliśmy traktowani i jacy byliśmy samodzielni. Nikt się tak nie przejmował. Człowiek latał po ulicy, nic go nie przejechało, bo nie miało co. Albo kiedyś, jako czternastolatkowie pojechaliśmy do Kostrzyna rowerami. Wróciliśmy w tym samym dniu. To jest 100 km. A rower miałem stąd, że kiedyś spadłem z drzewa, złamałem rękę i dostałem odszkodowanie. W domu to raczej było ubogo, więc żeby obejrzeć jakieś filmiki czy bajki, pożyczałem sobie aparat i rzutnik z wypożyczalni, która się mieściła naprzeciwko obecnej księgarni DANIEL, w podwórku, po schodkach. Szło się z legitymacją szkolną, płaciło pieniądze w zastaw za aparacik i brało do domu. Albo rower można było sobie pożyczyć w tym samym miejscu. Nie wiem, czy to było wtedy prywatne, ale możliwe.
ROZRYWKA
– Po raz pierwszy w latach 60. pojawił się telewizor. Wcześniej było kino. Poranek kosztował 1,35 zł, normalny film 2,70, panoramiczny 3,60 i te ceny za Gomułki utrzymały się przez całe lata. Z zabaw, na Krajowej Rady Narodowej grało się w wojnę na środku jezdni, godzinami w palanta i nikt nas nie przeganiał. Z rozrywek to jeszcze na tym luksusowym budynku była ściana z cegiełkami i tam się odbijało pieniążek. Na ziemi był rysowany brańczyk i się zbierało pieniążki. Kto trafił odbity od ściany, ten szczęśliwie zgarniał całą pulę. Do dzisiaj na tym budynku są połupane cegiełki po naszych zabawach, ale nikt nas nie przeganiał, mimo sporego hałasu, jaki przy tym robiliśmy. Dzisiaj nie do pomyślenia, a wtedy taka tolerancja. A jak przyszła jesień, to się zbierało suche liście, wpychało do rury wpustowej od rynien, ile dosięgła ręka, a w tej rurze ciąg był u góry, to liście wylatywały. Można sobie wyobrazić, jakie zabawy były przednie.
MŁODZI
– Młodzież lat 60. chodzi w garniturkach, spodenki odprasowane w kant. Nie było dziadostwa. Na jednym ze zdjęć jest nasza ekipa: Liwiusz Sieradzki sportowiec i kolega Czesiu Ziernik, który nie żyje, z przodu Lechu Narusiewicz – późniejszy nauczyciel i dyrektor liceum na Puszkina, z tyłu ja, kolega Karol Buchalik i Andrzej Haegenbarth – mój sąsiad przez drzwi. I z nim mam wspomnienia. Jego ojciec Leon Haegenbarth to był plastyk, bardzo kulturalny człowiek. Z Andrzejem mieszkaliśmy obok siebie dziesięć lat. Naprzeciwko pani Stefania Galuba, dla mnie wtedy mentorka, bo ja się bawię krzyżówkami i do tej kobity koło czterdziestki przychodzę jako piętnastolatek. Zwykle była w piżamce, w łóżeczku, z papierosem, a właściwie cygarnicą w ustach. Miała ciekawe rzeczy – przedwojenne tygodniki z lat 30., ładnie spięte. Widziałem tam zdjęcie Adolfa Hitlera z 1937 r. i do dzisiaj je pamiętam. A później z Andrzejem Haegenbarthem robiliśmy zawody, kto prędzej rozwiąże krzyżówkę. Jego ojciec był zachwycony, że ci gówniarze zamiast gdzieś latać, to zaglądają w encyklopedię. Ja kupowałem pisma „Rozrywka”, ale nie takie jak teraz głupoty. I myśmy zawody robili u niego w domu, bo to był taki inteligencki dom.
BUDOWLANKA
– Na Szkołę Rzemiosł Budowlanych, która mieściła się na ul. Dąbrowskiego, gdzie dziś jest Technikum Elektryczne, namówił mnie starszy kolega. Dyrektor Roman Ulatowski, nauczyciele przedwojenni. Pamiętam matematyka. Łysy starszy pan w okularach mówi do mnie: „Pendelski, ty będziesz miał ciężki żywot. Harda z ciebie dusza”. Przekazywał nam wierszyki, jak zapamiętać np. liczbę Pi po przecinku. Do dzisiaj to pamiętam. Nauczyciele byli surowi. To oczywista, że lali linijką po łapach. To była norma. Ale była jedna przykra sprawa w tej szkole. Dzisiaj byśmy to nazwali mobbingiem. Był taki synek ze Strzelec Krajeńskich, miał ojca kominiarza. No i nauczyciel od chemii, Szafran – pamiętam jak dziś – wyzywał go: „Ty to idź na kominiarza. Co ty, do szkoły przychodzisz?”. I nieraz jeden uczeń oberwał w twarz. To był wyjątkowy facet. To się nie mieści w głowie. I nic mu nikt za to nie zrobił, skoro nikt się nawet nie uskarżał.
– Wracając do szkoły. Tam gdzie powstaje „Budowlanka” są warsztaty szkolne, w których pobieramy praktyczną naukę zawodu. Budujemy ściany, malujemy, stawiamy kominy, piece kaflowe. To wszystko z gliną zamiast zaprawy. Muruje się wszystko, ustawia, na koniec się rozbiera i tak w kółko, dla następnej grupy. Tak się odbywa praktyka i w jej ramach, pamiętam, stawiamy mur. Fundamenty nie betonowe, tylko ceglane. Jako szesnastolatki murujemy ściany internatu. Stawiamy je z bloków typu H, których waga była nielicha. A potem przychodzi instruktor Siemoniak z papierosem w dziobie, rysuje po tej ścianie, że się coś nie podoba na tynku. Ale jak już potem ta szkoła powstaje, jesteśmy pierwszymi jej uczniami i pierwszymi absolwentami. Było nas koło trzydziestki.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zespół Szkół Budowlanych i Samochodowych w Gorzowie Wlkp. powstał 1 września 1957 r. Wtedy przy ZSZ, mieszczącej się przy ul. Dąbrowskiego 33, zorganizowano 3-letnią Szkołę Rzemiosł Budowlanych. Początek to jedna klasa w zawodzie monter instalacji sanitarnych. Dyrektorem był Leon Drabent. Po dwóch latach, 1 września 1959 r. SRB rozpoczęła samodzielną działalność edukacyjną z dyr. Romanem Ulatowskim.
Do 1963 r. jej mury opuściło 252 wykwalifikowanych robotników w zawodach: monter instalacji sanitarnych, murarz, ogrodnik terenów zielonych, betoniarz-zbrojarz, murarz-tynkarz. Wtedy klasy 3-letniego Technikum Budowlanego (młodzieżowego) i 3-letniego Technikum Budowlanego dla Pracujących przeniesiono na ul. Okrzei. Dyrektorem został Ryszard Gromiec. 6 listopada 1965 r. szkoła otrzymała sztandar, ufundowany przez Komitet Rodzicielski, a zarządzeniem Ministra Oświaty i Szkolnictwa Wyższego od 4 sierpnia 1970 r. zmieniła się nazwa szkoły na Technikum Budowlane im. Mikołaja Kopernika. Po dwóch latach, 1 września 1972, nazwa brzmi: Zespół Szkół Zawodowych nr 5, a po kolejnych dwóch – Zespół Szkół Budowlanych im. Mikołaja Kopernika.
Od 1979 r. dyrektorem był Piotr Doniec. Szkoła działała też w soboty i niedziele, bo przeniesiono tu Wojewódzki Ośrodek Dokształcania Zawodowego oraz Ośrodek Szkolenia Kursowego Nauczycieli. W roku szkolnym 1986/1987 urządzono pracownię komputerową. Internat szkolny przyjmował polskich, brytyjskich i duńskich uczestników obozu UNESCO. W 1991 r. dyrektorem został Maciej Szykuła, a 4 kwietnia 1995 szkołę przyjęto w poczet członków Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa w Warszawie.
W 2002 r. Maciej Szykuła odszedł na stanowisko Lubuskiego Kuratora Oświaty, a zastąpił go Jerzy Górecki. Placówka otrzymała certyfikat „Szkoła z klasą” i realizowała współpracę z Centrum Kształcenia Praktycznego we Frankfurcie n/O.
Od 2000 r. podejmuje współpracę z fundacją Socrates-Comenius i zdobywa pierwsze miejsce w programie „Moja Szkoła w Unii Europejskiej”, dyplom za projekt „Mój region, moja przyszłość”, a także tytuł laureata konkursu „Europrodukt” w kategorii „Inicjatywy Edukacyjne”.
1 września 2015 r. następuje ostateczna zmiana nazwy na Zespół Szkół Budowlanych i Samochodowych im. Mikołaja Kopernika.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cdn.
Hanna Kaup
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć