





W 2025 r. Stowarzyszenie św. Eugeniusza de Mazenoda z redaktor Hanną Kaup wydało - dzięki finansowemu wsparciu miasta Gorzowa Wielkopolskiego - ósmy biuletyn z cyklu "Łączą nas ludzie i miejsca". Promocja biuletynu odbyła się na początku grudnia i zaraz też cały nakład się rozszedł. W związku z tym przez okres świąteczno-noworoczny będziemy w odcinkach publikować teksty, które powstały po spotkaniach z siedmioma dzisiejszymi 80-latkami - pierwszymi urodzonymi w polskim Gorzowie.
W zakładce „człowiek” przeczytanie historie czterech bohaterów. Dziś Waldemar Pendelski. Opowieść o nim nosi tytuł „Harda dusza”.
Harda dusza
To będzie opowieść człowieka, który już jako nastolatek usłyszał, że harda z niego dusza. To będzie opowieść jednego z nielicznych żyjących dziś w Gorzowie Wielkopolskim 80-latków – Waldemara Pendelskiego.
Wojenne losy sprawiły, że Waldemar Pendelski zamiast w Warszawie, urodził się w Gorzowie Wielkopolskim. Tu dotarła jego mama Irena z domu Tomaszkiewicz (ur. 28 października 1923 r. w Mszczonowie pod Warszawą). Stamtąd pochodził też ojciec Waldemara, Wacław Pendelski. Ale jego, 27 października 1945 r., przy urodzinach syna nie było.
KONIEC WOJNY
Po zakończeniu II wojny światowej wielu ludzi wracało do Polski z Niemiec, gdzie trafiali na roboty. Podobny los dotknął siostry mamy Waldemara, które z Berlina przez Kostrzyn dotarły do Bogdańca. Zajęły tam domek, a kiedy zaczęła działać poczta, napisały list do mieszkającej w Centrali rodziny, by do nich dołączyła.
– Mama była panną. A ładna kobita w małej miejscowości – i to w ciąży – to wtedy raczej nie było mile widziane, więc ze swoim starszym bratem, który wstąpił do Armii Krajowej i zaczęło mu się robić gorąco koło pióra, bo przyszły inne władze, uciekają na ten dziki zachód i trafiają do Bogdańca – relacjonuje 80-letni dziś Waldemar. – Tam spotykają się wszyscy. Mama zostaje w domu z babcią, a wujaszka i tak dopadają władze. Dostaje się do więzienia w Płocku. Po krótkim czasie my z Bogdańca trafiamy do Gorzowa. W 1947 z mamą przenosimy się na ul. Kosynierów Gdyńskich, do oficyny od strony Parku Róż. Mama dorabia jako krawcowa. I za to krawiectwo ktoś „sympatyczny” na nią donosi, więc zabierają ją na tzw. dołek do dawnego posterunku milicyjnego. Z czasem z Kosynierów Gdyńskich przenosimy się na ul. Armii Polskiej, a potem od 1951 na Krajowej Rady Narodowej 33, czyli obecnej Borowskiego. W 1950 mama wychodzi za mąż. Zajmujemy mieszkanie po wujku, który wcześniej wraca z Mauthausen do swojej ukochanej małżonki, ale przez Wielką Brytanię, gdzie dotarł po wyzwoleniu obozu.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Obóz koncentracyjny Mauthausen (Konzentrationslager Mauthausen) – zespół niemieckich obozów koncentracyjnych w pobliżu miejscowości Mauthausen (ok. 20 km od Linzu) w Austrii. Utworzony 8 sierpnia 1938 po dołączeniu Austrii do Niemiec, funkcjonował do wyzwolenia przez armię amerykańską 5 maja 1945. Z filią w Gusen był miejscem eksterminacji polskiej inteligencji w ramach tzw. Intelligenzaktion.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
MIESZKANIE
– Mieszkanie przy Krajowej Rady Narodowej było nie najgorsze, trzypokojowe z kuchnią. Kuchnia z pojedynczym oknem. W pokojach – po dwa. Na lato zdejmowało się wewnętrzne skrzydła, a zimą je zakładało. Gotowało się na gazie. Czasem na święta był rozpalany ogień i wtedy w kuchni robiło się cieplutko i milutko. Zimą na szybach często tworzyły się kwiatki z mrozu, a w wiaderku zamarzała woda, tak że warunki higieniczne słabe. Ubikacja na półpiętrze. Nie marzyłem, żeby było ciepło, bo te warunki to była normalność. Ale u kolegów obok była kamienica diametralnie inna. Trzy piętra i każde miało oddzielne mieszkanie z balkonem, a na dole z garażem. I jak się wchodziło, to już było widać luksus. Oczywiście wszystkie te domy jeszcze są.
OGRÓDKI
– Za tymi domami były ogródki, których dzisiaj nie ma. Jako dzieciak, przy Armii Polskiej bawiłem się z koleżanką, córką fryzjera Kosickiego. Dzisiaj stoją tam tylko samochody. Parking ludzie sobie zrobili. Było, minęło. Niemcy mieli powszechnie te ogródki, zagonki, kwiatki, warzywa. Niestety, w tym względzie się pogorszyło.
PARK RÓŻ
– Nie ma też prawdziwego Parku Róż. W moim dzieciństwie dzielił się na dwie części. Większa z wydzielonym parczkiem, alejkami i ławeczkami dookoła, z drewnianymi trejażami, na których pięły się róże i tworzyły prawdziwie różane zakątki. Na stawku pływały kajaki, a w późnych latach 50. i początkach 60., gdy były ostre zimy, tworzyło się naturalne lodowisko.
LAMPY GAZOWE
– Jak mieszkaliśmy na ul. Krajowej Rady Narodowej, w Gorzowie były jeszcze lampy gazowe. I każdego dnia na rowerze jeździł jegomość z długą tyczką. Lampa miała szklany klosz z dziurką na dole. On wsuwał tyczkę z haczykiem w tę dziurkę, tam coś pociągał i lampa się albo zapalała na wieczór, albo rano gasła. A w domu w jednym pokoju wisiała taka lampa poniemiecka z kloszem i koszulkami, że można było zapalić lampy gazowe, bo wtedy była gazownia miejska, ale my tego nie używaliśmy. Zostały zdemontowane, jak się coś tam malowało.
PRZEDSZKOLE
– Do przedszkola chodziłem krótko, gdy mieszkałem na Kosynierów Gdyńskich. Mogłem mieć cztery lub pięć lat. A przedszkole mieściło się vis a vis poczty głównej od strony Parku 111. Tam, gdzie dzisiaj jest parking. W ogrodzie stał poniemiecki budynek, a w nim zorganizowano przedszkole. Dziś nie ma po nim śladu. Podobnie jak po domku z ogrodem, w którym mieszkała znajoma mamy, gdzie często z nią bywałem. Domek stał u zbiegu ulic: Drzymały i Jagiełły, tam gdzie dzisiaj jest skwer z pomnikiem Pileckiego.
CHLEB
– Atrakcją z czasów dzieciństwa był pojazd konny, którym rozwożono chleb. Wóz na końcu miał stopień, na który się wsiadało i była darmowa podwózka do miasta. A jak się woźnica zorientował, wylatywał z batem i chłopaków przepędzał.
LUZEM
– Jak się szło do sklepu, wszystko było luzem. Pojęcie dzisiejszych torebek reklamowych nie istniało. Za ladą stały skrzynie, a tam: mąka, cukier, kasze. Po warzywa, drób, jajka na ogół szło się na rynek za Wartą. Po mleko – oczywiście – do mleczarni. Tam stał duży baniak, chyba 200-litrowy i chochla. Nalewało się nią mleko do kanki i szło się do domu. Najdziwniejsze jest to, że dzisiaj maślanka jest droższa od mleka, a wtedy traktowana była jako odpad.
CYTRYNA I KOLEJ
– Nie kojarzę, żebym za czymś tęsknił. W domu było to, co trzeba. Raczej skromniutko. Jak były dwie pomarańcze, zapach rozchodził się na cały dom, ale one głównie z okazji świąt się pojawiały. Cytryn nie było w ogóle. Jedynie na dworcu kolejowym można było kupić herbatę z cytryną. Tylko tam. A jeśli chodzi o dworzec, to pamiętam taką przygodę. W Kostrzynie miałem ciocię i wujka. Odwiedziłem ich jako jedenastolatek. Jak w domu powiedziałem, że jadę do ciotki, to mogłem jechać i nikt nie oponował. Ale musiałem wrócić, więc w tym Kostrzynie na dworcu kupiłem bilet, ale pociąg był na drugi dzień rano. Poszedłem więc do zawiadowcy stacji i tam spędziłem noc, śpiąc pod jego biurkiem.
A w pociągach były przedziały drugiej i trzeciej klasy, drewniane ławki, no i podróżni palili. Najdłuższą podróż koleją odbyłem do Warszawy. Byłem pięcio- czy sześciolatkiem, a Warszawa to była kupa ruin.
STALIN
– W 1953 zdarzyła się śmierć Stalina. Pamiętam, jak to wszystkich postawiło na nogi, jak czerwone i czarne chorągwie wisiały dookoła. Miałem osiem lat. Byłem w drugiej klasie. Mieszkałem przy Krajowej Rady Narodowej, a naprzeciwko była tak zwana Rybiarnia i te ogromne wiszące flagi.
1 MAJA
– Lepiej pamiętam 1 Maja, ponieważ mój budynek był prawie na rogu, a wszystkie pochody przechodziły ulicą Chrobrego. Ludzie nieśli ogromne kukły kapitalistów, trzymane powrozami na sznurach, bo to oczywiście był czas, że należało trzymać ich na uwięzi. A z okazji 1 Maja udało mi się zdobyć trochę farby, więc pomalowałem swój drewniany samochodzik na czerwono. Wtedy tam trybuny stały i akurat je malowali, więc dostałem jakąś resztkę. Jako dziecko nie musiałem uczestniczyć w pochodach, tylko przyglądałem się z boku.
SZKOŁA
– Są lata 50. Idę do Szkoły Podstawowej nr 5 na dawnej ul. Żukowa, dziś Dąbrowskiego. To obecna „Jedynka”. Co ciekawe, z jednej strony „Jedynka”, a z drugiej – moja „Piątka”. Te dwie szkoły dzielił korytarz ze ścianą. One nie miały kontaktu i nie wiem, czym się różniły. A ja po prostu zostałem zapisany i 1 września musiałem przyjść. W klasach ławki drewniane dwuosobowe z dziurką w środku na kałamarz. Wtedy dyżurny chodził z butelką i lał atrament do kałamarzy. Każdy był zachwycony, jak się trafił taki bardzo niebieski. Oczywiście był „Elementarz” Falskiego, był „Murzynek Bambo” z literatury, no i w szkole odbywały się co jakiś czas seanse filmowe. Pamiętam do dziś, wyświetlali nam radziecki film „Maksymek”. Wtedy to było dla nas jak święto. Film puszczano z projektora w auli. Nie było żadnych wyjść czy wycieczek. Mieliśmy niewielkie boisko, więc latało się wokół. Do rzeczki nie było dostępu, bo tam był płot. Po pierwszej klasie zdarzyły się pierwsze kolonie w Łagowie. Tam wręczyli nam butelki i kazali zbierać w polu stonkę z ziemniaków. W tej szkole uczyłem się do trzeciej klasy, w czwartej krótko – w nowej, później zwanej Ósemką. Stamtąd przenieśli nas do Domu Harcerza z ogromnym ogrodem, ale znów po jakimś czasie – do Studium Nauczycielskiego na ul. Estkowskiego. Więc czwarta klasa była w trzech szkołach, w piątej trafiliśmy do obecnego budynku Sądu Wojewódzkiego. To była szkoła nr 9. I tam się wydarzyło dość sporo. A na koniec roku nie było żadnych uroczystości. Były świadectwa ze znaczkiem na odbudowę Warszawy. Złotówka. Do dziś pamiętam.
Cdn.
Tekst i foto Hanna Kaup
foto archwium prywatne


| « | marzec 2026 | » | ||||
| P | W | Ś | C | P | S | N |
1 | ||||||
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
30 | 31 | |||||







