





W 2025 r. Stowarzyszenie św. Eugeniusza de Mazenoda z redaktor Hanną Kaup wydało - dzięki finansowemu wsparciu miasta Gorzowa Wielkopolskiego - ósmy biuletyn z cyklu "Łączą nas ludzie i miejsca". Promocja biuletynu odbyła się na początku grudnia i zaraz też cały nakład się rozszedł. W związku z tym publikujemy teksty, które powstały po spotkaniach z siedmioma dzisiejszymi 80-latkami - pierwszymi urodzonymi w polskim Gorzowie.
Przedstawiliśmy już historię Krystyny Dzygi-Walkowiak i Leszka Pieczyńskiego (wszystkie teksty znajdziecie w zakładce "człowiek"). Dziś druga część historii Danuty Marii Łojek.
Pierwszą część historii Danuty Marii Łojek przeczytasz tu:
https://www.egorzowska.pl/pokaz,czlowiek,15622
SZKOŁA I PRACA
Danuta, ukończywszy siedem klas szkoły podstawowej, od razu rozpoczęła naukę zawodu u mamy.
– Chodziłam wtedy do szkoły przy ul. Dąbrowskiego, naprzeciw straży, gdzie w Technikum Mechanicznym były klasy zawodowe. Nauka odbywała się nie rano i nie wieczorem, tylko od 15.00 do 18.00. W drugiej i trzeciej klasie, dwa razy w roku, wyjeżdżałyśmy na kursy do Katowic. Mieszkałyśmy w internacie. Do szkoły zawodowej uczęszczałam trzy lata, a technikę mieliśmy w zakładach. Ja u mamy – mówi i dodaje – W zakładzie nie było jakiegoś wybitnego wyposażenia. Na pewno fotel, jakaś umywalka i suszarki. Aparaty myśmy mieli sprzed wojny, niemieckie. Choć czasy były biedne, pracy nie brakowało i zawsze trzeba było zdążyć przyjść przed godziną otwarcia. Jakbym pięć minut się spóźniła, klientki już czekały. A wtedy nie było zapisów. Kobiety przychodziły i czekały na swoją kolej. Czasami przemycało się jakąś stałą klientkę. Wtedy mówiłam, że przed tą, która akurat przyszła, jest inna, tylko wyszła na chwilę. A były takie, które przychodziły systematycznie, raz na dwa tygodnie, więc miałyśmy swoją klientelę, o którą trzeba było dbać. Tutaj na Chrobrego mieliśmy trzy pokoje. Jeden nasz socjalny, w jednym babki czekały do obsługi, a w drugim myło się głowy i stały suszarki. Jak brakowało miejsca, to wstawialiśmy tam jeszcze parę krzeseł, żeby te babki jakoś schować. Pracowałam sześć dni w tygodniu, także w sobotę. Wtedy nawet dłużej, do siódmej, by obsłużyć panie, które późno wychodziły z biur. Oczywiście, zawsze było u nas gwarno, a dominowały tematy związane z tym, co kobiety chciałyby dla siebie zrobić albo z pracą, bo wtedy wszystkie pracowały i często zmęczone wracały w nocy ze Stilonu czy Silwany.
HIGIENA
Czasy powojenne, gdy urodzeni w 1945 r. zaczęli dorastać, różniły się od obecnych. W zasiedlonych po niemieckich uciekinierach domach wciąż brakowało wielu rzeczy. Często też wody, którą trzeba było nosić wiadrami ze studni albo nawet z ulicznych hydrantów. Codzienne kąpiele nie wchodziły w grę, więc z higieną bywało różnie, dlatego i w zakładach fryzjerskich zdarzyły się niemiłe sytuacje.
– Kiedyś przyszła pani z insektami. Jak zobaczyłam, co się na jej głowie dzieje, powiedziałam, że ma iść do domu. Moja mama też miała podobną sytuację i próbowała powiedzieć kobiecie do ucha, ale ona się oburzyła na taką uwagę. Dla niej to nie był żaden wstyd. A nas obowiązywały zasady higieny. No i zdarzały się kontrole – podkreśla. – Przychodziło pismo, że w przeciągu tygodnia czy dwóch przyjdzie inspekcja. Więc jak przychodzili, jak szukali, to zawsze znaleźli jakiś nieporządek. A to mieli uwagi do ręczników, a to sprawdzali, czy włosy nie leżą na podłodze, czy grzebienie są w kieszeni, czy nie. Nie mogły być, a ja je nosiłam, więc musiałam się oduczyć tego. Później wymogi się zmieniły i trzeba było narzędzia sterylizować. W mojej pracy zawsze było dobrze. A jak kobiety długo siedziały, to rozmawiały między sobą i zwierzały się ze swoich spraw. Ludzie mówią, że u fryzjera i w maglu tak jest.
MODA
Bez względu na czas, w jakim ludziom przyszło żyć, panie lubiły być modne. To dotyczyło również fryzur. Jakie nosiło się na głowach tuż po wojnie i w późniejszych latach? Co się kobietom podobało?
– Wszystkie chciały trwałą. Jak zaczynałam, to były parowe. Kobieta miała wężyki rozłożone po całej głowie. One doprowadzały gorącą parę z wody, która gotowała się w kotle. Trzeba było trochę pod tym siedzieć. Jak woda się gotowała, to nieraz poparzyło i zostawały blizny. Bogu dzięki nie u nas. Potem pojawiła się lepsza metoda, bo oparta na elektryce. Wreszcie – kompresowa. Grzało się gotowe wałki, nawijało na nie włosy i zamykało gorącą klamrą. Dla kobiet to była wygoda, więc jak zrobiły raz trwałą, to miały spokój przez kilka miesięcy – podkreśla Danuta Łojek.
Reklama w tamtych czasach to była szyba wystawowa, w niej jakieś zdjęcie z uczesaniem, a potem to już poczta pantoflowa zadowolonych klientek.
– Raz zdarzyła się sytuacja, że jakaś pani zrobiła się na brunetkę. Mąż jej nie poznał i kazał przefarbować włosy, więc przyszła z płaczem, że on nie chce jej wpuścić do domu; musiała wrócić do swojego naturalnego koloru.
NIE TYLKO PRACA
Choć przez wiele lat po wojnie obowiązywał w Polsce sześciodniowy tydzień pracy, choć zakłady fryzjerskie musiały być czynne w soboty do późna, także ich pracownice chciały w czasie wolnym się zabawić.
– Było dużo potańcówek, np. sylwestra każda szkoła organizowała, każde większe pomieszczenie wykorzystywano. Był Klub Spółdzielczości Pracy na 30 Stycznia i Kosynierów Gdyńskich. Wszędzie, gdzie grali, to i my chodziliśmy. Do Casablanki też, ale do Wenecji jakoś nie. Zabawa trwała od ósmej wieczorem do pierwszej w nocy, a jak faceci dawali pieniądze, no to i do drugiej. Chodziliśmy więc na dancingi po pracy i w sobotę, i w niedzielę na poprawkę. Poza tym żeśmy sobie takie babskie spotkania robiły w domu. Jedna przyniosła coś, druga przyniosła coś i żeśmy balowały. Mężowie w domu.
ONDULACJA
Trwała ondulacja to wynalazek Charlesa Nestlé, którego nazywano Dobroczyńcą Ludzkości. Opatentowany w 1908 r. zabieg początkowo był wykonywany przy zastosowaniu aparatu elektrycznego. Potem wyparły go parowe i kompresowe, oparte na działaniu wysokiej temperatury. Ciepło dostarczano przez parę wodną (ondulacja parowa), grzałki elektryczne (ondulacja elektryczna) lub nagrzane klamry (ondulacja kompresowa).
KONKURENCJA
Danuta Łojek przyznaje, że ich rodzinny zakład fryzjerski miał w Gorzowie dużą konkurencję. Zgodnie z zapisami „Sprawozdania z działalności Fryzjerów i Perukarzy w Gorzowie n/W (nad Wartą), za czas od dnia 15 sierpnia 1945 r. do dnia 24 czerwca 1946 r., Cech Fryzjerski składał się z 19 członków, z tego: 6 mistrzów, 10 czeladników i 3 bez dowodów, natomiast czynnych zakładów fryzjerskich jest 19, z kartami rzemieślniczymi – 15, uczni zarejestrowanych – 2, nierejestrowanych – 4” (zgodnie z zapisem w księdze protokołów, zachowanej w Archiwum Państwowym w Gorzowie Wielkopolskim – dop. mój, HK).
– Najpierw ten, który prowadzili oboje rodzice, władze zabrały. Potem, jak mama wychodziła swój, to też chcieli go zamknąć, bo między numerami Chrobrego 27 i 29 działały dwa. Mierzyli nawet, ile metrów je dzieli, bo nie mogły być za blisko siebie. Takie to były czasy – podkreśla. – Mama zmarła w 2009 r. jak miała 88 lat. My z siostrą prowadziłyśmy firmę do czasu, jak ulicę Chrobrego rozkopali w 2020 r. Wtedy zamknęłyśmy. Nie było sensu dalej prowadzić zakładu, bo my już starsze, klientki też starsze. A wiadomo, że młody to pójdzie do młodego.
Tekst i foto Hanna Kaup


| « | luty 2026 | » | ||||
| P | W | Ś | C | P | S | N |
1 | ||||||
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | |







