
W 2025 r. Stowarzyszenie św. Eugeniusza de Mazenoda z redaktor
Hanną Kaup wydało - dzięki finansowemu wsparciu miasta Gorzowa Wielkopolskiego - ósmy biuletyn z cyklu "Łączą nas ludzie i miejsca". Promocja biuletynu odbyła się na początku grudnia i zaraz też cały nakład się rozszedł. W związku z tym przez okres świąteczno-noworoczny będziemy w odcinkach publikować teksty, które powstały po spotkaniach z siedmioma dzisiejszymi 80-latkami - pierwszymi urodzonymi w polskim Gorzowie.
Przedstawiliśmy już historię
Krystyny Dzygi-Walkowiak i
Leszka Pieczyńskiego (wszystkie teksty znajdziecie w zakładce "człowiek"). Dziś
Danuta Maria Łojek.
Danuta Maria Łojek żadnego świata nie poznała tak dokładnie, jak fryzjerski. 58 lat przepracowała w jednym z pierwszych w powojennym Gorzowie zakładzie, przy ul. Chrobrego 29. Poszła w ślady rodziców: Benedykta i Ireny Jonasów. Podobnie jak jej siostry. Dzięki nim, w szarych czasach, panie – choć zapracowane znacznie bardziej niż dziś – mogły czuć się piękniejsze, bo nic tak nie poprawia nastroju kobiet, jak dobra fryzura.
TAM, GDZIE KAPLICZKA
W Gorzowie Wielkopolskim przy ul. Mieszka I, jadąc w stronę sądu, za placem Grunwaldzkim po prawej stronie, do dziś stoi kapliczka. Tam obok, w poniemieckiej kamienicy, początkowo mieszkali rodzice pani Danuty i tam ona przyszła na świat. Oczywiście nie pamięta ani domu, ani momentu narodzin, ale wie, że dzieci nie witało się wtedy w szpitalach. Co najwyżej, jeśli zdarzały się powikłania, wzywano lekarza. Jeśli wszystko szło dobrze, wystarczała akuszerka, która przychodziła do rodzącej. Tak też było w przypadku Ireny Jonas, która w polskim Gorzowie 28 listopada 1945 r. powiła najmłodszą z trzech córek – Danutę Marię.
– Zanim rodzice zdecydowali się tu przenieść z Inowrocławia, jeszcze wczesną wiosną ojciec z kolegami przyjechał na tzw. sprawdzian. Zobaczył, jak miasto wygląda. Spodobało mu się i za miesiąc, prawdopodobnie po świętach, w kwietniu lub maju, stali się gorzowianami. Mieszkania, w którym się urodziłam, nie pamiętam, ale już to na Chrobrego tak. Było duże. Jakieś 120 m kw. Z wejścia głównego szło się przez podwórko, gdzie była oficyna. Do mieszkania można było przejść i z drugiej strony. Pięć dużych pokoi, jeden trochę mniejszy, balkon i łazienka. Potem zabrali nam dwa pokoje. Pamiętam wyposażenie. Jak rodzice przyjechali do Gorzowa po wojnie, to wszystko tam zostało po Niemcach, ale później władze przychodziły i pozabierały nam meble na urząd. A mieliśmy śliczne. Wszystko było. Była sypialnia, był stołowy, w nim kredens, zegar stojący, szafa, szezlong z oparciem, by się zdrzemnąć. Potem nam zabrali też piękną biblioteczkę. Biurko mieliśmy i też zabrali. Może przy nim siedział ktoś ważny w urzędzie. Żadnych zdjęć z mieszkania, jak ono wyglądało, nie mam. Jeśli chodzi o zastawę stołową, to też było wszystko. Na ścianach tapety, ciemne. Wiem, że potem były zdzierane i mieliśmy malowanie. Wodę mieliśmy w tamtej części łazienki, którą nam zabrali. Kuchnia była duża, komórka ciemna, spiżarnia jasna. Tam się jedzenie i jakieś słoiki gromadziło, ziemniaki się trzymało. Komórka to na węgiel. Naokoło się wchodziło od kuchni, a do ubikacji szło się z korytarza. I tam było znowu jakieś pomieszczenie, w którym my sobie zrobiliśmy pokój dla lalek i się tam na górze bawiłyśmy. A jak nam zabrali te pokoje, tak mi się wydaje, to ojciec zrobił ze spiżarni łazienkę. Jak rodzice mieli zakład, to w części oficyny mieszkały fryzjerki. Nawet chyba ta, z którą tata podpisywał umowę na ucznia. W Gorzowie to była umowa z numerem drugim.
NAUCZYCIELE i UCZNIOWIE
– Nie pamiętam miejsca, gdzie się urodziłam, czyli tego na Mieszka I. Pamiętam, jak mieszkaliśmy już przy ul. Chrobrego, przy Kwadracie, gdzie był cmentarz radziecki. Pamiętam, jak to wyglądało i jak się zmieniało. Wiem, że jak wywozili szczątki, to miejsce było zagrodzone – wspomina. – Od pierwszej klasy chodziłam do SP 3 na Warszawskiej. Tam po prawej stronie była szkoła nr 6, a po lewej budynek i chyba dziś też jest szkoła. Wszyscy chodzili na jedno podwórko. Pamiętam, że pozmieniali nam lekcje, żebyśmy razem nie byli na przerwach, bo chłopaki się lali. Od piątej klasy już chodziłam do SP 1. W tej szkole były dwa wejścia, jedno czynne, drugie nieczynne i wisiał wielki portret Bieruta. Mówiło się, że Bierut do Moskwy pojechał zimą, czyli w futerku, a wrócił w kuferku, czyli w trumnie.
– Dzieci w szkole było dużo. Nie umiały pisać ani czytać. Nazwiska nauczycieli pamiętam, np. była pani Hermanowa, był pan Kania, pani Czajkowska uczyła biologii. Miałam przyjaciółkę, Gorzkowska Ilona wtedy się nazywała. Do dzisiaj się kolegujemy. Do szkoły nosiło się atrament w zakręcanych, okrągłych słoiczkach. Naprzeciwko Straży Pożarnej były jeszcze dziury, jakiś rozwalony dom. Ja się zagapiłam i atrament mi się wylał. A musieliśmy mieć swój, więc mama kupowała na Marchlewskiego przy Wełnianym Rynku w sklepie papierniczym albo harcerskim. Zeszyty czyste, w kratkę i trzy linie. Nie było bloków rysunkowych, ale czyste kratki. Oczywiście atrament zostawiał kleksy w zeszytach, ale były sposoby, żeby je wywabić. Niestety, jak się wycierało gumką, zostawała dziura, a jak rodzic zobaczył, trzeba było wszystko przepisywać. Zdarzało się, że za takie rzeczy w szkole dostawałam uwagi, ale to była siła wyższa. A pomoce naukowe w szkole to mapa Polski, czy świata na geografii. Przynosił ją nauczyciel albo dyżurny.
Czy młoda Danusia – patrząc na nią – marzyła, żeby poznawać świat?
– Nie, człowiek był zadowolony, że jest w swoim kraju – odpowiada. – A teraz do głowy by mi nie przyszło, by stąd wyjeżdżać. Gorzów jest dobrym miastem. Nie ma tu korków tak jak u kuzynki w Bydgoszczy. W dorosłym życiu poznawałam świat. Najpierw, jak byliśmy biedniejsi, maluchem żeśmy jeździli, gdzie się dało, np. do kuzyna, który domek miał za Gdańskiem. Mieliśmy prawie za darmo wczasy. Potem do Chorwacji pierwszy wyjazd, później do Włoch i do Francji – wylicza.
PRZYGODA ZIMĄ
Landsberg był ładnym i zadbanym miastem. Choć tuż przed zakończeniem wojny armia radziecka zniszczyła tu wiele, niezmienna pozostała zieleń i fakt, że miasto leży na siedmiu wzgórzach. Latem w Parku Róż pływało się po stawku kajakami, a zimą, gdy woda zamarzła, można było się po nim ślizgać.
– Pamiętam sytuację, którą bardzo przeżyłam. Byłam u koleżanki, córki woźnej w szkole nr 7. Szłyśmy przez ten park. Staw, lód, dużo ludzi nie było. Jak byłyśmy bliżej mostka, słyszę krzyk. Patrzę, a moja koleżanka w wodzie. Załamał się pod nią lód, no to ja – ratowniczka – chciałam ją wyciągnąć. Do dzisiaj pamiętam. Wyciągam ją i czuję, że pode mną się ten lód łamie. I my dwie w wodzie. Akurat jakiś wojskowy ze Szczecina szedł i nas uratował. Miałam 12 czy 13 lat i jak wyszłam z tego, a czapka w wodzie została, krzyczałam. A on, że mama mi kupi nową. Spytał, gdzie mieszkamy – no na Chrobrego. Było niedaleko. Zaraz jakieś konie się znalazły, wsadzili nas na wóz i zmarznięte jechałyśmy do szkoły, do mamy koleżanki. I całe szczęście, bo akurat tam woda się gotowała chyba na mycie naczyń, więc nas wsadzili w kocioł, potem zawinęli do łóżka i nie chorowałyśmy. Ja się bałam. W tym czasie mój ojciec już nie żył. A mama na telefon przyjechała z sąsiadem rzeźnikiem, który miał samochód, i mnie zabrała.
Bolesław Bierut (ur. 18 kwietnia 1892 w Rurach Brygidkowskich, zm. 12 marca 1956 w Moskwie) – polski polityk i działacz komunistyczny, przewodniczący Krajowej Rady Narodowej (1944), prezydent KRN i zastępujący Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (1944-47), prezydent RP w latach 1947-1952 (wybrany przez Sejm RP po sfałszowanych wyborach parlamentarnych 1947), przywódca PZPR (od 1948 jako sekretarz generalny, a od 17 marca 1954 I sekretarz KC), prezes Rady Ministrów w latach 1952-1954, poseł do KRN, na Sejm Ustawodawczy i na Sejm PRL I kadencji, członek Komisji Wojskowej Biura Politycznego KC PZPR, nadzorującej Ludowe Wojsko Polskie od maja 1949, współpracownik NKWD. Współodpowiedzialny za liczne zbrodnie systemu komunistycznego. (wg Wikipedii)
RODZICE
– Moi rodzice oboje byli fryzjerami. Ojciec miał zakład tam, gdzie dziś na ul. Chrobrego jest Śnieżka. To był duży, jeden z najstarszych zakładów, a tata był jednym z pierwszych prywaciarzy. Wiem, że podpisywał drugą w mieście umowę na ucznia z fryzjerką, którą zatrudnił w 1946 r. Po wojnie nie działały jeszcze spółdzielnie, więc zwykli obywatele brali sprawy w swoje ręce i ogarniali ludzkie potrzeby. A to krawiec, a to piekarz, a to rzeźnik. To wszystko było prywatne – wspomina Danuta Łojek. – Nawet w naszej klatce było rzeźnictwo. Pamiętam jak dziś, przyjeżdżali z mięsem, a obok jeszcze był większy zakład Piaskowskiego, który też się zajmował sprzedażą. Oni tam przetwarzali mięso. Nie wiem, czy zabijali na miejscu zwierzęta, ale normalnie rzeźnia działała. Myśmy mieli małe podwórze, a w następnej klatce było dużo większe i więcej tych magazynów. Nie wiem, czy to było od razu pod nr 33 jako niemieckie, czy oni sobie zrobili z tego magazyny i tam się znajdowała ubojnia. Na naszym podwórku był też pan Marcinek Celestyn. I na tym większym pan Piaskowski na Chrobrego na pierwszym piętrze. To będzie numer może 29/12. A pod 28/12 potem lumpeks był. I w tym lumpeksie jeszcze, pamiętam, Czerwony Krzyż działał.
Tak więc jeden z pierwszych po II wojnie światowej zakład fryzjerski mieścił się w Gorzowie Wielkopolskim przy ul. Chrobrego 29. Otworzył go i do 1950 r. jako właściciel prowadził Benedykt Jonas. Ponieważ w urzędzie działalność zapisano na niego, choć pracował z żoną, gdy zmarł, okazało się, że ona nie może przejąć po nim zakładu, tym bardziej że w latach 50. władze likwidowały prywatne firmy jako przejaw niezdrowego kapitalizmu. Jeszcze za życia Benedykt starał się przejąć punkt dla rodziny, ale nie zdążył sprawy dopiąć. Stąd mama Danuty – Irena, przez wiele miesięcy starała się o przyznanie jej przez urząd upatrzonego punktu przy ul. Chrobrego 27. Wreszcie się udało. Tam pracowała z dwiema córkami do czasu przejścia na emeryturę.
Benedykt Jonas (1915-1958) do Gorzowa Wielkopolskiego przybył z Inowrocławia; pionier, właściciel zakładu fryzjerskiego przy ul. Chrobrego 29, organizator Miejskiej Straży Pożarnej przy obecnej ul. 30 Stycznia 7. Jako mistrz fryzjerski współpracował z teatrem, dla którego robił doczepy i peruki. Strzygł też administratora apostolskiego w Gorzowie Wielkopolskim w latach 1945-1951, bp. Edmunda Nowickiego, do którego chodził na ul. 30 Stycznia.
Kamienica przy ul. Chrobrego 29 – postawiona przez lansberskiego budowniczego Franza Röselera między 1895 a 1899 w miejscu rozebranej, pochodzącej z 1880 r. kamienicy Hermanna Francka. Dziś na jednej ze ścian na tylnym podwórzu znajduje się mural.
Cdn.
Tekst i foto Hanna Kaup
foto archiwum własne
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć