
W piątek 98. urodziny
Weroniki Kurjanowicz.
Instytut Pamięci Narodowej oraz Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna zapraszają 31 października o 10.00 na pokaz filmu
Małgorzaty Wrześniak o pionierkach Gorzowa.
Będzie to również okazja do świętowania 98. urodzin znanej polonistki, pionierki Gorzowa Weroniki Kurjanowicz.
Dziś publikujemy rozmowę, jaką przeprowadziła z jubilatką red.
Hanna Kaup do publikacji „Łączą nas ludzie i miejsca”.
NAUCZYCIELKĄ CHYBA BYM ZOSTAŁA
Zacznijmy od kwestii formalnej. Jak się pani pisze: Kurianowicz czy Kurjanowicz, bo wciąż można spotkać obie wersje.
– Mój ojciec zmarł wcześnie, po rewolucji październikowej i wielu dokumentów nie pozostawił. Pozostawił wizytówki i dokumenty rosyjskie, bo miał skończone gimnazjum carskie. I tam był twardy znak w nazwisku. Ja byłam jedna w rodzinie Kurjanowicz. Miałam trzy lata. Byłam mądralińska i dosyć samodzielna. W wieku ośmiu lat poszłam do szkoły w Baranowiczach. Wtedy zadano mi pytanie, jak ja się właściwie piszę. A to było akurat po reformie ortografii w języku polskim. I ja zdecydowałam, że po „r” pisze się „i”, tak jak w wyrazie Maria. I było „i”. Tak też skończyłam szkołę podstawową, a właściwie jej nie skończyłam, ponieważ jak byłam taka mądralińska, to nie musiałam jej skończyć, żeby się dostać do gimnazjum. Tam nikt nie zdążył mnie zapytać o pisownię nazwiska, ponieważ po 17 dniach wybuchła wojna. W wojnę też mnie nikt nie pytał, a później już do szkoły nie chodziłam. Przyjechałam do Gorzowa po tych wszystkich perypetiach i tutaj poszłam na Kursy Maturalne. Tam mnie też nikt nie pytał. Nawet w archiwum są moje dokumenty jeszcze z „i”. Dopiero kiedy w Poznaniu skończyłam polonistykę, pan dziekan zapytał mnie, jak ja się właściwie piszę. Ja mu powiedziałam, że nie bardzo wiem. Wszystko mu opowiedziałam i on na to: „Moja droga, jeśli pani dostanie spadek w Stanach i będzie jedna niewłaściwa litera, spadek przepadnie.” I ja, już polonistka wykształcona, zrobiłam takie badania, że tam powinno być „j”. I od tego czasu piszę się przez „j”.
Skąd pochodzi pani nazwisko?
– Moje nazwisko w Polsce jest rzadkie. Urodziłam w Grodnie i gniazdo moje Kurjanowiczów po mieczu jest w Narwi. A pod Narwią jest wieś, dawniej miasteczko Kurjany. Poszukiwałam kiedyś przodków, bo tak się stało, że wojna wytrzebiła Kurjanowiczów. I kiedy szukałam, to byłam już całkiem ładna panna, w dodatku wykształcona, więc każdy chciał być moim krewniakiem. Ale ci krewni, którzy żyją, są rozsiani po świecie. W Polsce, poza Narwią, nie ma już Kurjanowiczów.
Może będzie to dla pani niespodzianką, ale w Gliwicach żyje osoba, która nazywa się Weronika Kurjanowicz. Zdobyła nagrodę w konkursie na plakat o mojej ojczyźnie. To młoda dziewczyna.
– No, proszę bardzo. Także ona może występować z jakimiś roszczeniami po mojej śmierci. Ja wiele nie zostawiam, ale jakoś spróbuję ją odnaleźć.
Udzieliła pani wielu wywiadów, była bohaterką filmu o kobietach, które Gorzów budowały, jest trochę pani wspomnień w Internecie. Ja chciałabym skupić się na części życia związanego z oświatą. Kiedy pani tutaj przyjechała?
– Dokładnie kiedy, to już nie pamiętam. Nie można odkryć tej dokładnej daty, bo ja nie mam żadnych takich dokumentów z przeszłości. Częściowo same zaginęły, a resztę spaliłam. Nie mam żadnych zdjęć, żadnego archiwum. Ale to był wrzesień. Chyba 15 września 1945 r.
Czyli tuż po wojnie, gdy nie było właściwie nic i wszystko się tworzyło. W latach powstawania gorzowskiej oświaty z pewnością spotkała pani ciekawych ludzi.
– Tak, byłam najpierw przedmiotem, a potem podmiotem, tzn. obiektem budowania oświaty. Zetknęłam się z bardzo ciekawymi ludźmi i chyba z takimi, którzy mogliby być dla mnie wzorem. Najpierw trafiłam na Kursy Maturalne. To był taki młyn, który nas szybko przetwarzał. Miałam 18 lat i żadnego wykształcenia, bo takie były koleje losu. Miałam sześć lat szkoły podstawowej przedwojennej, ale niepełne, bo poszłam od razu do trzeciej klasy. I to było całe moje wykształcenie. Ale nie byłam jedyną tak opóźnioną. Tutaj trafiłam na panią Czesławę Malewską. Chciałabym to nazwisko podkreślić. To była staruszka – no chyba nie taka jak ja dzisiaj, ale starsza pani. Zajmowała się chyba tylko zapisami na te kursy. Troszkę na zastępstwo przychodziła jako polonistka. I tu mnie spotkało coś bardzo przyjemnego i przyjaznego. Nie miałam żadnych pieniędzy, bo przyjechałam z matką i z bratem i jeszcze nie pracowałam. Wszystko jej tam wypłakałam, powiedziałam, że chcę się uczyć, że nie mam świadectwa, pieniędzy ani nic, a ona odpowiedziała: „Ja panią nie pytam o pieniądze. Zacznie pani pracować, zapłaci pani.” I tak zostałam przyjęta na Kursy Maturalne. I tam spotkałam takie sławy jak pan Bolesław Kudelko dyrektor – on miał chyba wykształcenie pedagogiczne. Spotkałam polonistę pana Cierkońskiego, potem pana Budzianowskiego i z ciekawszych ludzi także matematyka Jana Lisowskiego. Pół roku temu dowiedziałam się, że to Sprawiedliwy Pośród Narodów Świata. Już nieżyjący. Był też historyk pan Antoni Możdżer, pewnie dziad dzisiejszego pianisty Leszka Możdżera. Byli to ciekawi ludzie. Także pani z dworku grodzieńskiego – przyjaciółka Czapskich – Szalewicz. Ja nie wiedziałam, że oni są tacy intelektualnie i kulturalnie wysoko. Np. pani Jaczewska okazała się pracownikiem naukowym w Zielonej Górze. Miała zawsze taką bardzo ciekawą spódnicę – bo to podłożenie, listwa u dołu się urwała – i nie takie jak trzeba pończochy. Nie znałam jej życiorysu, ale może to było poobozowe. Także pan Badecki, który mnie uczył angielskiego i którego byłam ostatnią uczennicą, bo wszyscy uczniowie się wymykali, a ja siedziałam do końca i patrzyłam. Uczyła mnie pani Stanisława Zdanowicz. Potem była moją koleżanką w ekonomiku. Także bardzo ciekawych i bardzo znaczących ludzi poznałam.
KURSY MATURALNE
Gdzie odbywały się Kursy Maturalne, na które pani uczęszczała?
– Chodziłam na nie dwa lata. Na początku spotykaliśmy się w jakiejś oficynie przy Sikorskiego, nad zegarmistrzem. Tam bramy zabudowano, więc trzeba było wchodzić od tyłu. Spotykaliśmy się w pańskim luksusowym mieszkaniu. Pokoje były połączone i tam się uczyliśmy. Czyli początek był na Sikorskiego w oficynie, potem w dawnej szkole podstawowej na Warszawskiej. Tam już jej nie ma. To charakterystyczny budynek na zapleczu teatru. Potem w drugim liceum na ul. Przemysłowej i na Estkowskiego, gdzie dziś jest Akademia Wychowania Fizycznego.
To był czas nauki w Gorzowie, potem studia i życie zawodowe…
– Właśnie, najpierw były te kursy, potem studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i po nich nakaz pracy do Gorzowa. Zatrudniłam się jako nauczycielka w Technikum Ekonomicznym. Przepracowałam tam 31 lat do emerytury.
Pracowała pani również w Wojewódzkim Ośrodku Metodycznym.
– Tam pracowałam jako emerytka. Ośrodek się dopiero tworzył, więc na początku należeliśmy do Ośrodka Metodycznego w Zielonej Górze. Niekoniecznie jeździłam tam, ale wykonywałam różne polecenia, bo to była funkcja doradcza i nawet nie za pieniądze, tylko za zniżkę godzin.
Za zniżkę godzin? Dziś młodzi ludzie chyba nie umieliby sobie tego wyobrazić.
– Dzisiaj wszędzie, gdzie się pracuje, to się bierze pieniądze.
GORZOWSKA OŚWIATA
Jak wyglądały początki pani pracy w gorzowskiej oświacie?
– Ekonomik był jedną z pierwszych zorganizowanych szkół średnich. Było tu mniej więcej normalnie, tylko że młodzież chodziła na dwie zmiany. Zatrudniono mnie tam od 1 stycznia. Miałam 24 lata. W 1952 r. programy nauczania były drukowane na powielaczu. Wtedy – mogę mówić o języku polskim, bo tego przedmiotu uczyłam – dobrze mi się powodziło. Miałam chyba 42 godziny, choć zaczynałam od 21. Jak na polonistę to bardzo dużo. Zeszytów też było bardzo dużo. Trudno było.
Była pani wymagającą polonistką?
– No, ponoć byłam.
Jak to się przejawiało?
– Różnie, bardzo różnie, bo ja cały czas się rozwijałam. To, czego się nauczyłam, testowałam na młodzieży. Dopiero od nich się nauczyłam pedagogiki. Na uniwersytecie nie skończyłam specjalności pedagogicznej. W moim indeksie widać, że pedagogiki nie ma. Jakieś szczątki psychologii były, ale do pracy z uczniem byłam zupełnie nieprzygotowana.
Skąd więc wzięła się chęć pracy w tym zawodzie?
– Jak byłam dzieckiem i poznałam szkołę od tej trzeciej klasy, to wpadłam w szał pedagogiczny i wszystkie moje lalki siedziały grzecznie, a ja je uczyłam. Miałam coś podobnego do dziennika szkolnego, więc chyba urodziłam się jako nauczycielka. Rodzice sobie życzyli innej przyszłości.
Miałyśmy podobnie, bo ja kiedy byłam dzieckiem, nie umiałam bawić się w przebieranie lalek. Siadałam do stołu, brałam jakiś notesik, robiłam rubryki, wpisywałam imiona sąsiadek i bawiłam się w klasy z nieistniejącymi uczniami.
– Ale pani wybyła z zawodu.
Tak, ponieważ oświata zaczęła upadać. Uznałam, że jak umrze, to będę ją ratować, ale ona ciągle jakoś dyszy. Nie potrzebuje mnie.
– Teraz już pani nie życzę tej pracy.
Po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej w 2022 i 2023 r. uczyłam uciekinierów polskiego, ale to co innego i temat nauczania jest u mnie zamknięty. Wróćmy do pani poczucia, że urodziła się do bycia nauczycielką.
– Tak, tak czułam i potem, jak już zostałam nauczycielką, to różnie było. Odziedziczyłam puste miejsce po panu Drabencie, który specjalnie nie interesował się polonistyką. Pierwszą dwóję jak wstawiałam, to ją wypłakałam. Naprawdę. Bo ja sobie wyobraziłam, że nigdy dwój nie będę stawiać. Uniwersytet skończyłam bardzo rzetelnie, jednak zakończyłam wiedzę o literaturze na „Przedwiośniu”. Dalej się nie bawiono i to było bardzo przezorne, bo co mieli robić z tą literaturą w tamtych czasach? Więc nie miałam pojęcia, że istnieje inna, późniejsza. A tutaj pojawili się: Jan Wilczek i jego „Numer 16 produkuje”, Julian Gałaj „Przełomy”, Wanda Gościmińska „Prządka” i bardzo dużo tytułów radzieckich. Ja literatury radzieckiej nie znałam, chociaż język rosyjski dobrze. To był odrębny problem. Więc nie wiedziałam, co zrobić. Książki jakoś dostawałam, bo szkoła miała związek z księgarnią na Chrobrego. Więc pojedyncze miałam, ale uczniowie na szczęście, nie mieli.
ŻELAZNY PROGRAM
To lata socrealizmu. Jak wyglądał program nauczania? Był żelazny i trzeba było go realizować?
– Absolutnie żelazny, stalinowski, dobrze zorganizowany. Ciągle się zmieniał. Nie było nauki o języku, bo to nie było ważne, ani stylistyki, nawet gramatyki, w czym byłam dobra na studiach. Były jako takie podręczniki. Ze średniowieczem kiepsko sobie radziłam. Miałam notatki uniwersyteckie i chciałam to wtłoczyć swoim uczniom. Szybko się przekonałam, że trzeba się streszczać i jakoś przygotować, bo wychodziły nowe książki i program ciągle się kształtował. Wtedy pojawili się z polskich pisarzy tacy zerowi i tacy, co do których nie można powiedzieć źle: Leon Kruczkowski z „Kordianem i Chamem”, Wanda Wasilewska, Władysław Broniewski, który do końca istniał i jego nie wykreślili. Już nie pamiętam, kto tam jeszcze, bo Jan Wilczek i Julian Gałaj to były wschodzące wielkości. I to już był socjalizm i utwory pisane według przepisu.
Ten system wzbudzał w was, a przynajmniej w pani, lęk?
– Okres socrealizmu to obowiązkowa realizacja programu nauczania. Nie pamiętam, czy to pierwsza matura czy druga, ale miałam robić Kruczkowskiego „Kordiana i Chama”. Powiedziałam jednak: „A, darujemy sobie.” I traf chciał, że jak ogłaszano tematy maturalne, usłyszałam chórem z sali: „A myśmy tego nie przerabiali.” Jedynie „Pawie pióra”. I to był ten lęk. Że czegoś nie zrobiłam. Ale młodzież często pyta, czego myśmy się bali w czasach stalinowskich. Ja nie wiem, czego. Była polityka lęku, ale ja nie byłam partyjna, więc partii się nie bałam. Nawet do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej udało mi się nie należeć. Przecież nas przesiedlili. Myśmy przyjechali ze wschodu tutaj na nową ziemię w strachu, żeby nas nie powieźli w przeciwną stronę, do Rosji. Staraliśmy się więc w szkole odrabiać to, co trzeba. Na pewno przelękniona była moja koleżanka pani Stanisława Zdanowicz, którą ciągle prześladowano, bo chodziło jeszcze o kościół.
PARTIA – NIE, RUCH SPÓŁDZIELCZY – TAK
Nie próbowano pani zwerbować do partii?
– Pamiętam te czasy. Były różne szantaże, niestety, ale pozostałam bezpartyjna. Zawsze byłam pilnym pracownikiem. Awansowałam, bardzo szybko zostałam zastępcą dyrektora. I potem jeszcze Ośrodek Metodyczny w Zielonej Górze. Wielokrotnie mnie pytano, czy wstąpię do partii. Miałam takie powiedzenie, że jeszcze nie dojrzałam. Ale tak naprawdę bałam się swojej mamy. Ona by mnie spakowała w walizeczkę. Ja bym mogła dziecko w fartuszku przynieść do domu, ale nie mogłam przyjąć legitymacji partyjnej.
Udało się pani nie być w partii, nawet w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. A jakie były pani przynależności do organizacji czy stowarzyszeń tutaj na terenie Gorzowa?
– Pozyskano mnie do spółdzielni, bo ufałam ruchowi spółdzielczemu. To nie była spółdzielnia mieszkaniowa, ale spółdzielczość. Był sektor prywatny, państwowy i spółdzielczy. Długo miałam tę legitymację, choć specjalnie nic tam nie robiłam. Znalazłam się też w Klubie Pioniera. Chyba kolega mnie tam zapisał, bo nie pamiętam, żebym wypełniała deklarację. Ale od początku korzystałam ze zniżki tramwajowej. Nic tam nie robiłam, dopiero na emeryturze zaczęłam troszkę pracować na rzecz klubu.
Miała pani jakieś związki z Klubem Inteligencji Katolickiej?
– Miałam przyjaźnie. Ale nie w PRL-u, tylko już potem. Chodzi mi o Tygodnik Powszechny. Przyjaźniłam się z panią Heleną Kuźmicką. Oni mnie tam tolerowali. Pozyskali na korektora bp. Pawła Sochy. Tolerowali mój stosunek do kościoła. Niczego nie wypominali. Była to legalna działalność. Zaczęła się jeszcze przed zmianą systemu.
TEATR
Rozmawiamy w Międzynarodowym Dniu Teatru, dlatego chciałabym zapytać, jakie były pani jako polonistki związki z teatrem?
– Zaczęłam szybko chodzić do Teatru im. J. Osterwy, bo był to jedyny taki ośrodek w mieście. Byłam tam po prostu widzem. Jakoś zauważyła mnie pani Byrska, być może dlatego, że się trochę przed szereg pchałam, byłam odważna, może dlatego, że młodzież przyprowadzałam, może coś powiedziałam.
Wtedy zaczęło się uczenie młodzieży odbioru teatru?
– Nawet bardzo. Ale to zależało od uczniów. Ja nie miałam jakichś awantur z uczniami, chociaż podobno byłam dla nich sroga. Pewnie paru uczniom zrobiłam krzywdę.
W jakim sensie?
– No, zatrzymałam ich na drugi rok. Jednego pana skrzywdziłam. Potem go przepraszałam. I on powiedział, że też właściwie jakoś się z tego wyplątał. Ale odkąd zainteresowałam się dysleksją, uważałam, że mogę każdego ucznia przeprowadzić przez program. Wtedy już wiedziałam, że to nie jest jakaś złośliwość, szczególne lenistwo, że da się tego nauczyć… A wracając do teatru, pani Byrska zaczęła odzywać się do mnie. Ona zawsze wychodziła do ludzi. Ja może miałam jakieś abonamenty, nie pamiętam, ale jakoś mnie dostrzegła. Wychodziła, szczególnie jak przyjeżdżał autobus z kobietami wiejskimi. Witała je zbiorowo i żegnała. Stała na schodach. Nie wiem, za kogo mnie miała, ale potem jakoś okazało się, że jestem nauczycielką. To był czas, gdy ksiądz Witold Andrzejewski był jeszcze aktorem. I ona zaczęła jakoś tak mnie zapraszać na dyskusje. I ja się dałam wciągnąć do Klubu Przyjaciół Teatru. Potem tam awansowałam. Byłam skarbnikiem, sekretarzem, nawet przewodniczącą. Pani Byrska odeszła, klub się rozpadł i ja zdałam wszystko do urzędu miejskiego. Rozliczyłam się z pieniędzy i nikt mnie nie ścigał. Ale prowadziłam tam konfrontacje. Na scenę się z dwa razy wdrapywałam, coś mówiłam.
Jaki był stosunek młodzieży do teatru? Był dla niej czymś wyjątkowym? Kiedy się szło na spektakl, to musiał być odpowiedni strój?
– Jak ja zaczęłam wprowadzać młodzież do teatru, to oni byli przeze mnie przygotowywani. Chodziło o nieszeleszczenie papierkami, o niewyrzucanie papierków, niejedzenie pestek. Przygotowywałam ich, co mi wypominają do dzisiaj. Chodziło też o strój. Myślę, że to były już lata 60., kiedy to już było dosyć masowe. Nigdy nie wybierałam, nie mówiłam, że taka sztuka czy inna jest nie dla nich. Nigdy też nie stawiałam barier w lekturze, barier wiekowych, że jakaś lektura może zgorszyć czy coś. Nawet „Trędowatą” im polecałam.
SYSTEM
Obie pamiętamy, że na maturze trzy błędy ortograficzne dyskwalifikowały maturzystę z promocji. Dzisiaj jest inaczej. Jak pani porównuje te światy?
– Ja dzisiaj mam inny stosunek do szkoły. Uważam, że wykształciłam dużą samodzielność, że ortografia jest w większości sprawą konwencji, historii języka, ale tego młodzież nie jest świadoma i nie jest uczona.
Dla niej to sprawa umowna. Należy się nam jakaś reforma językowa?
– W tej chwili – wychodzę poza ortografię – pojawił się problem z feminatywami. Ja nie mam nic przeciwko feminatywom, sama używam niektórych, jak mi przechodzą przez gardło. Jeżeli nie, to po staremu mówię i nie robię z tego problemów, ale pamiętam, jak zaczynałam uczyć w szkole, zawsze podkreślałam rodzaj męski, żeński i nijaki, że jest rodzaj męski i rzeczowy, czyli w liczbie mnogiej męskoosobowy i rzeczowy. Tak uczyłam młodzież, bo inaczej się wykłada czasowniki do rodzaju męskiego: mężczyźni, lekarze, nauczyciele byli, a potem już nauczycielki były, psy były, dzieci były. Więc jest gdzieś jeden wielki rodzaj męski, czyli męskoosobowy, a reszta to jest pospólstwo, które podlega rodzajowi rzeczowemu. I zawsze tak uczyłam. To nie uniwersytet tak na mnie wpłynął, to moje własne myślenie, że to jedna konwencja. No, a w 1935 roku była zmiana, kiedy ja sobie „i” dopisałam zamiast „j”.
Była pani polonistką i dyrektorką szkoły, pracowała później jako doradca metodyczny. Jak widzi pani tamte czasy w porównaniu z dzisiejszymi?
– To, co było ujęte systemowo, kiepsko się poruszało. Była zawsze taka sfera osadzona przez urzędników i ich urzędnicze myślenie, ale ja miałam dużą swobodę i robiłam dużo rzeczy, których bym dzisiaj nie zrobiła. Prowadziłam kilka eksperymentów, bez żadnej rejestracji, bez żadnego zezwolenia, bez właściwie nawet zrozumienia, co to jest eksperyment. Trzeba było mnie uspokoić w tym czasie, zdecydowanie, ale jakoś mnie nie uspokajano, nawet pozwalano o tym mówić i pisać. Miałam sporo interesujących kolegów w szkole, były koła przedmiotowe. Myśmy się raz miesiącu spotykali prywatnie w domu na kole przedmiotowym z języka polskiego. Obowiązywała herbata czy kawa z osobiście upieczonym ciastem. Z takich spotkań wynieśliśmy bardzo dużo. Np. w naszym kole był pan Kryczyński, książę tatarski. Jako nauczyciel nieśmiały i niemający większych sukcesów, ale w tym kole okazał się encyklopedią. On tam rozkwitał. Więc takie były te nasze prywatne kontakty. To trwało długo, właściwie skończyło się w 1980 roku, kiedy już podzieliliśmy się troszkę politycznie. Oczywiście, byli tacy za PRL-em, bo to się nie ukształtowało do dzisiaj. Ale już nie było takiego nadzoru politycznego. Jakoś inaczej się to potoczyło. I mieliśmy zaufanie do siebie. Nawet pouczaliśmy siebie, jak wybrnąć z niektórych problemów czy sytuacji. Bo bywały trudne, chociażby ten nieszczęsny Żeromski i co z tym „Przedwiośniem” zrobić. Był za rewolucją? Czy nie? Potem się pojawiła bibuła. Niektórzy ją mieli, niektórzy przekazywali dalej. Niektórzy donosili.
UCZNIOWIE
Ma pani grono uczniów, z którym się zna i przyjaźni. Jacy oni byli wtedy i kto z nich został przy pani do dziś?
– Przy mnie została jedna klasa. Dziś wyraźnie korzystam z ich pomocy. To był cykl pięcioletni. Różnie się układała ta współpraca. Nie lubiłam uczniów łupić, tzn. żeby oni zostawali na drugi rok i powtarzali klasę, ale mam przewinienia. Potem byłam ostrożniejsza, mądrzejsza, znajdowałam sposoby, żeby ich zmusić do opanowania materiału. Na przykład pan Jerzy Kaliszan jest moim uczniem. Myślę, że mogę to publicznie powiedzieć, żeby to nie zrobiło mu przykrości, ale z panem Kaliszanem jako uczniem miałam przygodę. Z Markiem Piechockim też miałam przygodę. Właściwie wiecznie były przygody, bo Marek był trudnym dzieckiem. I on tego nie kryje, że mu tak dokuczałam. Kiedyś, jak ukazała się pierwsza jednotomowa encyklopedia, ja miałam własną kupioną. Przyniosłam na lekcje, pokazywałam uczniom, cieszyliśmy się wszyscy. A pan Kaliszan na przerwie zapytał, czy ja mu ją pożyczę. Pożyczyłam. Potem jakoś przedłużał ten termin i po latach mi przyznał, że potrzebował więcej czasu, bo chciał ją przepisać.
A co powiemy o Marku?
– Trudny był, bo wścibski i trochę lubił rozbijać lekcje, czasami dogadywać, pytać. Różnie było. A zaprzyjaźniliśmy się z Markiem dopiero, jak przyszedł – już chyba byłam na emeryturze – w moje imieniny z bukietem kwiatów. Zapamiętał. Taki był kiedyś zwyczaj, że imieniny nauczyciela zauważano i przyniósł mi książkę, którą kiedyś z katedry ściągnął i przyznał się do tego. Przyniósł i zwrócił. I od tego czasu przyjaźnimy się, bo Marek już mi pomógł naprawdę w różnych sytuacjach. Zaprasza mnie do siebie do Łośna i napisał coś. Uważam, że Marek jest poetą. Na pewno nie wszystkie jego wiersze są dla mnie poezją, bo nie wszystkie odpowiadają kryterium poezji, ale on ma poetyckie spojrzenie, ma tę iskrę, wrażliwość, na muzykę również. Jeśli chodzi o wiedzę muzyczną, to pobija mnie kompletnie, bo ja nie jestem muzykalna. To jest szlachetny człowiek. Ufam Markowi i bez żenady, gdybym potrzebowała pomocy, a wiedziałabym, że on mógłby mi jej udzielić, to zwróciłabym się do niego.
GRANICA
Co by było, gdyby pani jeszcze raz się urodziła? Też zostałaby polonistką?
– Czy ja wiem? Polonistką to ja zostałam z przypadku. Nauczycielką tak, ale polonistką z przypadku, bo nie zdawałam sobie sprawy, jakie obowiązki ciążą na poloniście. A potem szczególnie to upolitycznienie przedmiotu. Zupełnie nie sądziłam, że to tak może być. Ale nauczycielką chyba bym została. A jeżeli nie nauczycielką, to w jakimś zawodzie służebnym bym pracowała, bo w takim paradygmacie wzrastałam. Tzn. mogłabym być pielęgniarką, aczkolwiek nie mam ku temu zdolności, ale jestem taką gąbką i przyjmuję jakieś cierpienia drugiego człowieka, absorbuję je i przeżywam. To nie jest normalna sytuacja.
Przygląda się pani dzisiejszemu światu i porównuje ten nauczycielski, polonistyczny ze swoimi czasami?
– Ja nie mam kontaktu z nauczycielami. Zerwałam zupełnie ze szkołą współczesną, nawet nie chodziłam na Dzień Nauczyciela. Nie było żadnego powodu, ale jak wyjechałam na jakiś czas za granicę, to tak naturalnie się oderwałam. Wie pani, świat się przewrócił, cały, więc ja bym nie oskarżała nauczycieli. Na dzisiaj – może moje poglądy jeszcze się zmienią, bo mam trochę do setki – ale na dzisiaj uważam, że człowiek się zgubił z powodu wysokiego mniemania o swoich możliwościach. Nagle bez powodu ta epoka, która została nazwana antropocentryzmem, kończy się. Człowiek już doszedł do jakiejś granicy, jest jakimś trybikiem. Zwierzęta mają swoje życie i swoją część na kuli ziemskiej, czasami są ważniejsze od człowieka. Ja to odnajduję w poezji Ryszarda Krynickiego i stąd mój nim zachwyt. Ślad ślimaka jest też ważny. On zostawia ślad śluzem, a my swoje ślady piszemy inaczej. Nie wiem, nie mam takiej wiedzy, czy to człowiek sam siebie doprowadził do tego i już nie ma poczucia potęgi. Zresztą, jest nas za dużo i się już dusimy.
Jaka będzie szkoła w przyszłości?
– Na pewno bardzo inna.
Dziś świat dostępny jest na wyciągnięcie ręki w telefonach, komórkach. Nie musimy się uczyć niczego na pamięć. Wystarczy, że wpiszemy hasło. Czy w takim razie to wykształcenie też będzie się skracać czasowo, bo ludzie nie potrzebują już tylu lat studiów i takiego nawału informacji jak za naszych czasów?
– Na pewno, na pewno tak. Coś w tym jest, ale człowieka też trzeba nauczyć korzystania z tych informacji i ich przesiewania. Ja myślę, że ważniejsze są nie cnoty niewieście, ale jakieś kształtowanie osobowości i moralność. Ona powinna być kształtowana, nie wiem, czy przez szkołę. Na pewno można ją tam kształtować, bo to jest jakaś społeczność, którą można socjalizować, ale czy znajdą się tacy, którzy będą umieli to zrobić? Nie mam pojęcia, ale jestem bardzo szczęśliwa, że nie muszę już w tym uczestniczyć. Mogę obserwować z boku. I nie wiem, co zrobi sztuczna inteligencja. Jaki zamęt może posiać.
Dziękuję.
Rozmawiała Hanna Kaup