
Kiruna jest miastem, które jednocześnie przenosi się w nowe miejsce i wysyła rakiety w kosmos. Trudno o bardziej niezwykłe połączenie. W dodatku leży w Laponii, która najczęściej kojarzy się z Rovaniemi, Mikołajem, Finlandią, a przecież Kiruna to szwedzkie miasto.
Laponia (Lappi, Lappland, Sápmi...) to wielka kraina rozciągająca się przez Szwecję, Norwegię, Finlandię i Rosję. Najrzadziej odwiedzana jest część rosyjska, a zaraz po niej szwedzka. A szkoda, bo właśnie ta ostatnia potrafi naprawdę zaskoczyć.
Kiruna kojarzy się przede wszystkim z ogromnymi złożami rudy żelaza. To właśnie ich eksploatacja sprawiła, że całe miasto stopniowo przenosi się w nowe miejsce. Rok temu świat obiegły zdjęcia i filmy z transportu 700-tonowego drewnianego kościoła, który w ciągu dwóch dni przewieziono pięć kilometrów na wschód. Wiele innych zabytkowych budynków przeniesiono w całości, kolejne rozebrano, by w nowych lokalizacjach odtworzyć ich wierne kopie. Cała relokacja ma zakończyć się do 2035 roku.
Nowe centrum wyrosło wokół otwartego w 2018 roku ratusza Kristallen (Kryształ), którego wnętrze nawiązuje do magnetytu, rudy żelaza, od której zaczęła się historia Kiruny. Tuż obok ustawiono oryginalną wieżę zegarową starego ratusza. Pięknie symbolizuje połączenie dawnego miasta z nowym.
Innym niezwykłym symbolem Kiruny jest także sauna Złote Jajo. Powstała jako dzieło sztuki i znak odradzającego się miasta, przez siedem lat podróżowała po świecie, docierając nawet do USA, by ostatecznie wrócić do Kiruny. Z zewnątrz przypomina ogromne złote jajo, w środku kryje drewniane wnętrze i piec w kształcie ludzkiego serca. Wydaje się niewielka, a mimo to mieści osiem osób.
Zajrzeliśmy również do Hjalmar Lundbohmsgården, jednego z najcenniejszych zabytków przeniesionych ze starej Kiruny. W latach 1895-1905 był to dom, biuro i salon pierwszego dyrektora kopalni LKAB, Hjalmara Lundbohma, człowieka, który w ogromnym stopniu ukształtował wygląd i rozwój miasta.
A to wciąż nie koniec tutejszych ciekawostek. W Kirunie działa uniwersytecki kierunek inżynierii kosmicznej, Gimnazjum Kosmiczne i słynny poligon Esrange. To właśnie tam tak bardzo się wczoraj spieszyliśmy.
Esrange powstał w 1966 roku około 30 kilometrów od miasta. Lokalizację wybrano nieprzypadkowo. Za kołem podbiegunowym można prowadzić badania zorzy polarnej, a nad niemal bezludnymi terenami bezpiecznie wystrzeliwać rakiety badawcze i balony stratosferyczne, których wysłano stąd już ponad 1300.
Działa tu także jedna z największych na świecie cywilnych stacji odbioru danych satelitarnych, a od 2023 roku również pierwszy na kontynencie europejskim kosmodrom przygotowany do wynoszenia małych satelitów na orbitę.
My mogliśmy zajrzeć jedynie do bezpłatnego SSC Esrange Visitor Center, położonego przy bramie ośrodka. Strażnik uważnie pilnował, by fotografować wyłącznie centrum dla zwiedzających i niewielką wystawę przed budynkiem. Samo centrum jest bezobsługowe, ekspozycję ogląda się samodzielnie, a na gości czekają kawa, herbata i... ciasteczka. Miły akcent na końcu kosmicznej wyprawy.
Oczywiście dzień na samej Kirunie się nie skończył, bo wpadliśmy na chwilę do Jukkasjärvi, by obejrzeć najstarszy zachowany kościół w szwedzkiej Laponii. To architektoniczny unikat zbudowany w technice blockpelarkyrka (blokowo-słupowej), kryjący w swoim wnętrzu równie unikatowy ołtarz.
Kolorowy tryptyk, wykonany w 1958 r. przez Brora Hjortha, łączy w sobie elementy sztuki chrześcijańskiej z historią i kulturą Samów. Na jego bocznych skrzydłach przedstawiono sceny z życia Larsa Leviego Laestadiusa - duchownego, botanika i wybitnego znawcy kultury Samów, który głosił kazania również w ich językach.
Słynny lodowy hotel w Jukkasjärvi, w którym Michał Wiśniewski brał ślub z Mandaryną, minęliśmy bokiem, za to zatankowaliśmy paliwo w najbardziej odjazdowej stacyjce benzynowej.
W drodze z Kiruny ku granicy z Norwegią zatrzymywaliśmy się w wielu widokowych miejscach, a w Abisko powędrowaliśmy piękną ścieżką do rekonstrukcji obozu Samów, podziwiając nie tylko krajobrazy, ale i wyrastające nam dosłownie pod nogami grzyby.
Noc spędziliśmy w kolejnym niezwykłym miejscu. Tym razem, zamiast chóralnego śpiewu psich gardeł, do snu utulał nas stukot pociągów z urobkiem zdążających z Kiruny do Narwiku. Nazywają je tutaj malmtågami.
Dzień tutaj wcale się nie kończy, więc coraz trudniej mi nadążyć z relacjami. Wczoraj, zamiast spisywać wrażenia, do północy gapiłam się na malowane słońcem i chmurami krajobrazy. Dziś opuszczamy stacyjkę w Bjørnfjell i śladem malmtågów ruszamy w głąb Norwegii.
Maria Gonta
Foto Gontowiec Podróżny
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć
Diecezjalne dożynki
Sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie i Diecezjalne Duszpasterstwo Rolników zapraszają na święto dziękczynienia Bogu za otrzymane plony. Jak ...
<czytaj dalej>Wytchnienie dla opiekunów
Opieka dla bliskich, chwila wytchnienia dla opiekunów. Trwa nabór do programu.
Opieka nad bliską osobą z niepełnosprawnością to ogromne zaangażowanie i ...
<czytaj dalej>Apel o rozwagę
Wysokie temperatury podczas wakacji zachęcają do wypoczynku nad wodą. Niestety, każdego roku dochodzi do wielu tragicznych zdarzeń, którym można było ...
<czytaj dalej>Znów zmiany w okolicach ronda
Przypominamy, że w piątek (31 lipca br.), zostanie wprowadzony kolejny etap organizacji ruchu związany z przebudową ronda Barlineckiego. Jak informuje ...
<czytaj dalej>