
Nie ukrywam, że mam dziś lenia. Właśnie skończyłam skubać suszone kwiatki lawendy, na kuchni pyrka warzywna zupa, która śniła się już nam po nocach, pralka powoli miesza drugie pranie (najgorzej, że zaczął padać deszcz), a pod nogami plącze się zaprogramowany akurat na ten czas odkurzacz. Niedawno mignął przy miskach z jedzeniem jeden z kocich rezydentów. Jednym słowem, domowa sielanka w naszej ulubionej duńskiej miejscówce. Spędzimy tu trochę czasu, więc zapowiadam chwilową przerwę w codziennych relacjach. Hundested oraz jego okolice opisywałam już tyle razy, że teraz mogę się w spokoju poświęcić porządkowaniu zdjęć i opowieściom z wyprawy, na razie jednak czas najwyższy na skrót dnia wczorajszego.
Z folderu reklamowego, który dostaliśmy na kempingu, dowiedziałam się, że nocowaliśmy na szwedzkiej Riwierze. Na norweskiej byliśmy kilka dni temu, a drogą wzdłuż duńskiej jechaliśmy po przepłynięciu na drugi brzeg cieśniny Öresund, która łączy się w tym miejscu z Kattegatem. Każda z nich ma w sobie to coś, chociaż każda jest inna. Kattegat można nazwać przedbramiem Morza Północnego. Jest zdecydowanie bardziej morzopółnocny, niż bałtycki.
Ze starej części Lerberget, gdzie ulokowany był nasz kemping i do której jeszcze na początku XX w. trzeba się było przedzierać przez wydmy, bo nie wiodły tam żadne lądowe drogi, do naszego celu w Danii nie mieliśmy daleko. Poruszaliśmy się niespiesznie, podziwiając najpierw idylliczne Gamla Lerberget, potem śliczną rybacką wioskę Viken, a potem jeszcze niektóre z zamków, jakich na wybrzeżu szwedzkiej Skanii jest całkiem sporo.
Viken ma rodowód szesnastowieczny; do dziś zachowała się w tutaj nieregularna sieć krętych i wąskich uliczek odzwierciedlających rybacki charakter miejscowości. Na przełomie XIX w XX w., podobnie jak inne przybrzeżne wioski na półwyspie Kulla, Viken stało się popularnym kurortem kąpielowym. Nas zachwyciło brakiem tłumów i kolorowymi domkami, bardzo już podobnymi do tych, jakie można oglądać na duńskim brzegu Kattegatu. Ten duński brzeg i charakterystyczną sylwetkę zamku Kronborg w Helsingørze widać stąd zresztą doskonale. W niewielkim porcie (Vikens havn) znajdziecie kilka ciekawych pomników nawiązujących do historii wsi. Najzabawniejszy jest ten przedstawiający rybaka opowiadającego o połowach. Idealnie pasuje do wędkarskich dowcipów (taaaką rybę miałem na haczyku, ale się zerwała).
Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się przy Kulla Gunnarsorps slott. To właściwie nie jeden, a dwa zamki, stary z XVI w. i nowy z XIX w. Stary nie jest zamieszkany już od jakiegoś czasu. Oba są własnością prywatną i można je oglądać tylko z zewnątrz, mimo to warto to zrobić, ponieważ leżą na terenie rezerwatu otwartego dla spacerowiczów. Zachęcamy też do odwiedzenia Kulla Gunnarstorp Gårdsbutik, sklepiku ogrodniczego przed zamkiem. Jeżeli nawet nie kupicie żadnej rośliny, napatrzycie się do woli na przeciekawy wielobarwny asortyment. Ależ tam pachnie!
Niecałe cztery kilometry stąd leży zbudowany w 1865 r. Sofiero Slott otoczony przez zaprojektowany w stylu ogrodu angielskiego park zamkowy o powierzchni 15 ha, szczycący się ogromną kolekcją rododendronów. Pierwsze krzewy posadziła w 1907 r. królewska para Margareta i Gustaf Adolf, a dziś w Sofiero Slotspark jest 10 000 rododendronów w 500 różnych odmianach. Ponadto znajduje się tu wiktoriański ogród kuchenny, ogród rekreacyjny z figurami ukształtowanymi z bukszpanu, stara winiarnia króla, pachnący ogród królowej Ingrid i wiele, wiele więcej. W 2010 r. ogłoszono go najpiękniejszym parkiem w Europie. Zamek Sofiero to dawna rezydencja królewska będąca miejscem spotkań europejskich głów państw na wielu ważnych konferencjach politycznych. Można go zwiedzać od kwietnia do września, natomiast park otwarty jest przez calutki rok, ale w sezonie letnim wstęp jest płatny i nie kosztuje wcale mało, dlatego tę atrakcję sobie odpuściliśmy. Z naszej bazy w Danii to niecałe 80 km, odwiedzimy go przy innej, pozasezonowej okazji.
Zajrzeliśmy za to w okolice Pålsjö Slott, który wprawdzie sam jest zamknięty dla zwiedzających, ale jego otoczenie jest ogólnodostępne. Pålsjö Slott to siedemnastowieczny dwór na obrzeżach Helsingborga, pięknie odcinający się różową fasadą od zieleni okalającego go rezerwatu. Wprawdzie z dawnej świetności francuskiego parku z 1760 r. niewiele pozostało, ale mroczny 140-metrowy bindaż bukowy robi ogromne wrażenie.
Bindaż (od niemieckiego binden = wiązać) to po prostu aleja drzew lub pnączy tak uformowanych, by splatały się nad drogą tworząc sklepienie (najbardziej znane w Polsce są te w Kołobrzegu, Złocieńcu i Siemczynie). Bindaże bukowe i grabowe (drzewa dają się łatwo formować) wyglądają jak liściaste tunele. Często nazywane są Tunelami Miłości, ten w Pålsjö również (Kärlekstunneln).
Z okien Pålsjö Slott zapewne dobrze widać Pålsjöbaden – zimną łaźnię, której rzędy bladożółtych domków stoją w wodzie na wysokich palach i są połączone z plażą długim drewnianym pomostem. Domeczki Follinska badhuset – jak się kiedyś ten obiekt nazywał – powstały w 1880 r., chociaż obecny ich kształt pochodzi z 1905 r. (zostały odbudowane po silnej burzy z 2011 r.). Funkcjonuje tu sauna (panie na lewo, panowie na prawo) i kawiarnia z widokiem.
Maria Gonta
foto Gontowiec Podróżny
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć
Ważne informacje
W związku z bardzo dużą liczbą deklaracji, które wpłynęły do jednostki Miejskie Odpady Komunalne oraz z uwagi na fakt, że ...
<czytaj dalej>Jak oceniasz lubuską kulturę
Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego oraz zespół badawczy złożony z pracowników Uniwersytetu Zielonogórskiego zachęca do udziału w badaniu, które jest częścią ...
<czytaj dalej>Rozmowa zamiast milczenia
Rozmowa zamiast milczenia. 23 lutego Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.
Depresja to jedna z najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. W Polsce ...
<czytaj dalej>Policja wciąż poszukuje
Policjanci prowadzą poszukiwania 26 letniej kobiety - Angeliki Jastrzębskiej.
Ostatni raz widziana była w niedzielę 15 lutego 2026 roku około godziny ...
<czytaj dalej>