
Estonia to prawdziwy raj dla miłośników biwakowania na dziko. Śmiało można ją nazwać królową campingowania, ponieważ takich bezpłatnych miejsc przygotowanych przez Lasy Państwowe jest tutaj niezliczona liczba.
Do każdego jest wygodny dojazd, każde oferuje kilkadziesiąt, a nawet kilkaset miejsc biwakowych (zwłaszcza te wzdłuż plaż) zarówno dla namiotów, jak i kamperów. Każde jest wyposażone w grillowiskowo-ogniskowe paleniska (często nawet ze specjalnymi patykami na szaszłyki lub pieczenie kiełbasek, z zapasem drewna i siekierą), z czyściutkimi drewnianymi latrynami, w których jest papier toaletowy, z wieloma stołami i ławkami (część zadaszona), ze szczelnie zamykanymi koszami na śmieci.
W skrócie nazywa się je RMK (Rigemetsa Majandamise Keskus), co w wolnym tłumaczeniu oznacza Centrum Zarządzania Lasami. Mało tego, wszystkie te „eremki” są dobrze oznaczone w terenie oraz wrzucone w sieć internetową. Wystarczy ściągnąć na swojego smartfona aplikację rmk.ee i można już na etapie planowania zapoznać się z dostępną infrastrukturą, zdjęciami, opiniami.
Dziś spaliśmy przy długaśnej piaszczystej plaży Peraküla nad Zatoką Fińską, na terenie rezerwatu Nõva. Baza RMK informuje, że jest tu parking dla maksymalnie 160 samochodów, 16 kominków zewnętrznych, 4 suche toalety, 4 wiaty (ale stołów z ławkami jest dużo, dużo więcej). W zasięgu naszego wzroku był tylko jeden samochód i jeden namiot. Najwyższy jednak czas, by opowiedzieć o wczorajszym dniu.
W poniedziałek nie przejechaliśmy zbyt wielu kilometrów, ale przecież nie o to w naszej podroży chodzi. Zajrzeliśmy na chwilę do miejscowości Lihula, gdzie obok neoklasycystycznego pałacu z początków XIX w. zachowały się ruiny zamku z 1211 r. Jego budowę rozpoczęli Szwedzi, potem była tu twierdza estońska, krzyżacka i nawet jedna z rezydencji biskupich diecezji Leal znanej jako biskupstwo Estonii. Ostatecznie został zniszczony w XVI w., przetrwał do dziś jako trwała ruina.
Z Lihuli wybraliśmy się nad samo morze, do Haapsalu. Trudne do wymówienia nazwy mijanych miejscowości zawierały dużo podwójnych samogłosek, a przez pewien czas wydawało nam się, że wszyscy zapraszają nas na kawę, bo przy każdej dróżce stały tabliczki (np. Oola tee), no i okazało się, że "tee" to po prostu "droga", a " jõgi" nie jest fragmentem misiowego zawołania ze znanej kreskówki ("Yogi Bubu"), tylko oznacza "rzeka".
Haapsalu to port morski na południowym brzegu zatoki o tej samej nazwie (Haapsalu laht). Miasteczko wyjątkowo zapadło nam w serca. Spędziliśmy w nim kilka godzin, podziwiając kolorowe drewniane domki. Drewniany jest tam także zespół dawnego dworca kolejowego, symbol Haapsalu. Wprawdzie pociągi już nań nie docierają, ale za to na jego torach stoją różne zabytkowe składy, które można sobie oglądać bez konieczności wykupienia biletu.
Ciekawostką jest, że zadaszony peron tego dworca był w chwili otwarcia najdłuższym (214 m) zadaszonym peronem w Europie. Zbudowano go z okazji wizyty w Haapsalu cara Mikołaja II. Nadal robi wrażenie. Warto też wiedzieć, że na tej właśnie stacji kręcone były sceny do filmu "Anna Karenina".
Najwięcej czasu spędziliśmy w kompleksie zamkowo-katedralnym. To naprawdę wyjątkowe miejsce i każdemu polecamy jego odwiedzenie. Bilety (normalny 12 euro, seniorski 7 euro, dziecięcy darmowy) ważne są cały dzień. Każdy zwiedzający otrzymuje opaskę na rękę i może sobie potem dowolnie wchodzić, wychodzić i znowu wchodzić. Zapewniam, że jest po co.
Na miejscu warto zeskanować kod uruchamiający wielojęzyczną aplikację (także po polsku), będącą przewodnikiem po całym kompleksie. Ciekawa ekspozycja, świetnie przygotowana, ogrom informacji. Oprócz zamkowych ruin zwiedza się też wnętrze trzynastowiecznej katedry uznawanej za jedną z największych jednonawowych świątyń nadbałtyckich. W oknie dobudowanej w XVI w. kolistej kaplicy ma się ukazywać duch kobiety zamurowanej w ścianie za zbyt bliskie kontakty z jednym z kanoników (kanonika zagłodzono w zamkowym lochu). Białą Damę z Haapsalu najlepiej widać podczas pełni księżyca, ale podobno niektórym i w dzień udaje się dojrzeć jej niewyrażny cień.
Haapsalu było kiedyś uzdrowiskiem, jednym z najstarszych w Estonii ( pierwsze urządzenia kąpieliskowe powstały w 1805 r.), letnie miesiące spędzała tu rodzina carska, bywał kompozytor Piotr Czajkowski. Tutaj też urodził się Ferdinand Johann Wiedemann (1805–1887) - badacz języków ugrofińskich, autor pierwszego słownika estońsko-niemieckiego (1869) oraz gramatyki języka estońskiego.
Maria Gonta
foto Gontowiec Podróżny
Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć
Wyprzedzamy Zieloną Górę
Gorzów Wielkopolski po pierwszym tygodniu rywalizacji o Puchar i tytuł Rowerowej Stolicy Polski jest liderem w kategorii miast liczących od ...
<czytaj dalej>Ocena atmosfery i organizacji pracy w CEZiB
Przeprowadzone wśród pracowników Centrum Edukacji Zawodowej i Biznesu badanie dotyczące atmosfery, organizacji pracy i komunikacji pokazuje, że szkoła jest postrzegana ...
<czytaj dalej>Boże Ciało i pielgrzymowanie
W najbliższy czwartek 4 czerwca Kościół obchodzi uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa popularnie nazywaną świętem Bożego Ciała. Tego dnia ...
<czytaj dalej>Podpisali umowę na kolejową S3
Kostrzyn nad Odrą. Ta łącznica to kolejowa S3 – zapewnia urząd marszałkowski.
Choć to proces na lata, ważne, że się w ...
<czytaj dalej>